RECENZJE

Songs: Ohia
Magnolia Electric Co.

2003, Secretly Canadian 6.6

Recenzję Magnolia Electric Co. chciałem zacząć od słów: "Być może kojarzycie postać Jasona Moliny". A jednak wupeceen nie ma co na to w ogóle liczyć. Niewielu o nim słyszało, a już naprawdę, ale naprawdę (!) mało kto kuma, że to siódmy studyjny krążek artysty nagrywającego jako Songs: Ohia. (Nie jest to jakieś szczególnie żałosne, bo nie jest to jakiś szczególnie ważny band. Żałosne jest, że wpcn.) Dorobek ten wyda się wam pokaźny, gdy zważycie, że debiutancki s/t wydano raptem sześć lat temu, co jednak nie dziwi, wszak songwriterzy z reguły nie skąpią swoim fanom świadectw nieustannej pracy twórczej. Właśnie słówko songwriter, wzbogacone członem singer, praktycznie załatwia problem przydzielenia twórczości muzyka do właściwej szufladki. Dryfując po trochę już wyjałowionych nadmierną eksploracją kolejnych pokoleń obszarach folku, country i alternatywnej psychodelii (choćby niespecjalne Axxess & Ace z 1999), Songs: Ohia zasłynął także jako autor liryków – nasączonych obrazową metaforyką, frapujących refleksji coverujących najdalsze zakamarki ludzkich lęków. To z kolei znalazło odzwierciedlenie w częstych i jakże trafionych porównaniach do wieszczy w rodzaju Neila Younga czy Willa Oldhama.

Magnolia Electric Co. bez wątpienia przynosi wyraźną zmianę stylistyki projektu. W opozycji do bezsilnej goryczy zeszłorocznego Didn’t It Rain, tu już we wstępie ("Farewell Transmission") słyszymy świadectwo zapału, jaki ogarnął Jasona. "I will try and know whatever I try / I will be gone but not forever / The real truth about it is no one gets it right / The real truth about it is we're all supposed to try". I tak już do końca motyw podejmowania starań – prób rozwoju, zostawienia czegoś po sobie, wykorzystania czasu jaki mamy – staje się tu fundamentalny. Nie jest to jednak "hurraoptymizm" (Strejlau, Łazarek, a może Piechniczek?), bo przebrzmiewają tu także myśli pokroju "See I ain't getting better / I am only getting behind" ("I've Been Riding With The Ghost"). A zatem nie mamy tu entuzjazmu spowodowanego niespodziewanym odnalezieniem sensu życia, a raczej konstatację, która brzmi: "But I'm not looking for an easy way out / This whole life it's been about / Try and try and try" ("Just Be Simple"), i dla lepszego utrwalenia: "I kept trying anyhow and I'm still trying now / Just to keep working" ("Almost Was Good Enough"). I to przeświadczenie powinno dawać nam siłę wstać o poranku z wyra, zakasywać rękawy i brać się za jakąś sensowną robotę. Złośliwi sceptycy zaszydzą: lepszy rydz, niż nic.

Równolegle Ohia uświadczyli gruntownej przemiany pod względem czysto muzycznym. Żywsze, głośniejsze, hojniej zaaranżowane kompozycje, są niejako naturalną pochodną witalnych (w porównaniu do poprzednich wydawnictw) tekstów. Natomiast zdumiewa fakt, że zespół, z którego składu zwykło się wymieniać jedynie lidera, zabrzmiał tu jak najprawdziwszy kolektyw. Już nie tylko głos (nieodmiennie intrygujący) i gitara Moliny, ale także solidne wsparcie perki, smyczków, klawiszy, organów czy też rozmaitych strunowców. Wciąż jest to relatywnie oszczędne granie, właściwie obranej stylistyce, ale nie ma nudziarstwa, którym niegdyś (kto wie czy nie specjalnie) operowali tak zapamiętale. Dodatkowo lider dwukrotnie (na osiem odsłon) ustępuje miejsca na wokalu. Efektem gawęda (a na święta nada się też jako kolęda) "The Old Black Hen" oraz rozbrajająco słodka "Peoria Lunch Box Blues", nawiązujące (wcale nie blefuję!) do mistyki Ritual Of Hearts.

Przy okazji porównań, wypada podkreślić floydowskie reverby, niemal wszędzie położone na gitary, oraz natłok melodyjnych chórków, bliźniaczych do tych, w których lubuje się po dziś dzień Leonard Cohen. Swój wkład miał też producent, a był nim (nigdy byście nie zgadli) sam Steve Albini (przy okazji, drugi na Didn't It Rain to jemu właśnie poświęcony blues). Nie za bardzo udało mu się natchnąć Molinę frustracjami którymi epatowały Songs About Fucking, zresztą nawet nie wiemy czy się starał. Skończyło się na wspomnianym podjęciu próby wyjścia z apatii, jaka wypełniała Didn’t It Rain. Niewątpliwie z korzyścią dla dzieła. Zdecydowanie zachęcam, bo przecież nawet wpcn są serduszka łaknące wyciszenia. No, a poza tym warto wiedzieć kim jest Jason Molina.

Jacek Kinowski    
23 grudnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie