RECENZJE

Sondre Lerche
Pleasure

2017, PLZ 6.1

Jest wiele rzeczy, które można powiedzieć o Sondre Lerche – na przykład, że dotychczas nie nagrał olśniewającego albumu na miarę swoich możliwości, albo że z gitarą na ramieniu wygląda jak Kubuś Muzykant z nieistniejącego filmu Disneya – ale na pewno nie można zarzucić mu gatunkowej krótkowzroczności. Od piętnastu lat z odkładem Norweg z każdym kolejnym albumem jeśli nie odkrywa się na nowo, to przynajmniej wzbogaca wypracowaną formułę nowymi elementami. Począwszy od indie-popowego debiutu, przez skromne, barokowe próby Two Way Monologue i jazzujące Duper Sessions, dając się porwać power-popowej witalności Phantom Punch, prawidłom klasycznego songwritingu Hearbeat Radio, romantycznej poetyce self-titled i nowofalowym niemal nerwom Please, koleś od zawsze był uosobieniem szczerej miłości do popu, w jakiej postaci by on nie występował. Zerkam na jego playlistę z ulubionymi utworami z 2015 roku, przeglądam kilka innych, odpalam nowy album. Jakieś wnioski? Ano, owszem: chyba mamy wiele wspólnego.

Tym razem Sondre silniej uderzył w ejtisy – to bodaj pierwszy album Norwega w tak dużym stopniu oparty na syntezatorach. Przestrzeń Pleasure wypełniają skrawki rozmaitych form synth-popu, sophisti-popu, dream-popu czy białego soulu; fani takich zespołów jak a-ha, Tears For Fears, Aztec Camera czy Pet Shop Boys powinni odnaleźć tu coś dla siebie. To właśnie ci ostatni, wsparci jakimś umęczonym widmem Davida Bowiego, w dość oczywisty sposób objawiają się w otwierającym krążek "Soft Feelings", by za chwilę ustąpić miejsca pstrokatemu electro-funkowi "I’m Always Watching You". Dalej wcale nie jest gorzej: pocięta gitka i powracające melodie "Serenading In The Trenches" stanowią zgoła udaną dogrywkę do "Crickets" z Please, a faktury "I Know Something That’s Gonna Break Your Heart" przywołują produkcyjny rozmach Currents Tame Impala.

I chciałoby się tak wymieniać dalej, niestety gdzieś w okolicy połowy albumu następuje krach, coś się wypala. W tym miejscu recenzja zatacza koło, bo tendencja do eklektyzmu, o której wspominałem w pierwszym akapicie, tym razem okazuje się zmorą. Musicalowa melodia "Bleeding Out Into The Blue" kompletnie nie klei się z dość płytką indietroniką, jaka przebija z podkładu; nijako wypada zajawka house’em w "Hello Stranger" i trochę mi przykro, że tak kiepski kawałek wieńczy wrzutka* z "Appetite" Prefab Sprout; nic nie wnosi też gitarowy, nawiązujący do Phantom Punch "Violent Game". Zbyt wiele srok chciał Sondre złapać za ogon i nie udźwignął tematu, a w konsekwencji Pleasure to modelowy przykład dzieła nierównego i w zasadzie gdyby nie lekko kojarzący się z Sea And Cake closer, drugą połowę płyty można by bez bólu spisać na straty. Pół perfekcyjnej płyty, znaczy się.

*Tak na boku: to nie pierwszy raz, gdy Sondre cytuje wprost swoich idoli. W "It’s Our Job" z Two Way Monologue zrobił to samo z "Add Some Music To Your Day" Beach Boys. Czy wspominałem już, że mamy trochę wspólnego?

Wojciech Chełmecki    
18 marca 2017
BIEŻĄCE
RideWeather Diaries
Brian EllisMirror/Mirror