RECENZJE

Something Like Elvis
Cigarette Smoke Phantom

2002, Post_Post 7.0

Czasem wsłuchując się w jakiś kawałek lubię sobie wyobrażać, do jakiej sceny filmowej pasowałby jako podkład. Jest to ciekawy sposób na przeżywanie muzyki od innej strony, proponuję kiedyś spróbować. Ostatnio pierwszy raz spotkałem się z płytą, przy której za żadną cenę nie mogę się oprzeć kinematograficznym skojarzeniom; słuchając jej non-stop widzę strzelaninę z Banderasem (ach te futerały), ucieczkę przed glinami z Trainspotting, czy też porywające motywy z Brucem Willisem w piwnicy sklepu z militariami z Pulp Fiction. Odbieram Cigarette Smoke Phantom jako kolaż scen z różnych filmów, a właściwie jako ich przełożenia na muzykę. Kolesie nawet nazwę mają z filmu – zaczerpnięto ją z Dzikości Serca Davida Lyncha.

To już trzecia płyta w dorobku zespołu, pierwsza jednak, która zasługuje na uwagę. Debiut z 1997 roku Personal Vertigo i jego następca Shape z 1999 to – jeśli znów miałbym się odwołać do małego ekranu – muzyczny wrestling. Mnóstwo ciężkostrawnego hałasu, w którym jedynie momentami da się dostrzec jakiś ciekawy pomysł, trick. Owszem, na tych płytach są fajne skrawki, niestety giną one w noise'owej rzezi. Wydaje się, że kolesie uznawali za swój największy plus fakt, że grają niemal metalowo, że (gdy wystarczająco zwiększyć głośność) ściana dźwięku zbija doniczkę u cioci z bloku naprzeciwko. Otóż nie panowie, żeby album był ciekawy, należy go czymś urozmaicić. Zmieniać wystrój okna sąsiadki szarpnięciami w struny to i ja potrafię.

Na szczęście grupa poszła po rozum do głowy i odłączyła rzężące gitary, skupiając się na melodiach i dodając klawisze. No i otrzymaliśmy to, co się na dwóch pierwszych krążkach zespołu nie mogło przebić: przyjemne, dobrze zaaranżowane motywy, wsparte niekiedy trudnymi do przewidzenia rozwiązaniami, jak na przykład zmianami tempa, czy też melodii. Na płycie dużo jest napięcia, stąd moje skojarzenia z co lepszymi gangsterskimi scenami z filmów. Wywoływane ono jest najczęściej ciężkawym (brzmiącym zazwyczaj jak na poprzednich albumach kapeli) basem i klimatycznym elektrycznym pianinkiem. Gdy dochodzi do tego hipnotyczna (tym razem lekka na szczęście) gitara, mamy do czynienia z najlepszymi fragmentami krążka ("Phantom" czy "Foam").

Niestety, na Cigarette Smoke Phantom mało jest odejść od owego "filmowego" stylu, przez co krążek lepiej brzmi, gdy utworów słucha się osobno, a nie ciągiem po kolei każdy. Po pierwsze, ciągle te same klawisze z ciągle tym samym (na to nic nie poradzą akurat) akordeonem i podobnymi gitarami nadają niemal identyczny sound wszystkim piosenkom, co szybko może zacząć irytować. Po drugie, film trzymający widza niemal cały czas w napięciu, pozbawiony chwil wytchnienia czy odpoczynku, które można by wypełnić choćby pikantnymi scenami łóżkowymi, jest ciężkostrawnym przeżyciem. Something Like Elvis momentami niebezpiecznie ocierają się o tę granicę.

Mimo tych wad album jest dobry; zwłaszcza podzielony na fragmenty sprawia dużo przyjemności. Kolejne przykłady? Zadumany "Cardiac" ze świetnie budującym ponury klimat akordeonem i snującą się lekko i zarazem mrocznie gitarą. Albo ponad siedmiominutowy "Mastershot", zdający się opowiadać historię człowieka, który uciekając przez śmiercią (szybka muzyka, nerwowo intonowany tekst) chowa się w starym magazynie, gdzie usiłuje uspokoić nerwy, wierząc w swoje ocalenie (zwolnienie, wokal zanika). Rozglądanie się dookoła nie przynosi efektów, wydaje się, że pościg został zmylony. I kiedy już wszyscy na sali są o tym przekonani, koniec przychodzi gwałtowniej niż w końcowej scenie Quebe – kula przychodzi z tyłu (walnięcie w klawisz i talerze, szarpnięcie w struny). Potem kolejna (to samo). I następna (to samo, silniej). I jeszcze jedna (jeszcze silniej). I jeszcze (szczyt). Nieszczęśnik po każdym trafieniu odsuwany jest przez siłę uderzenia do tyłu (jednocześnie przykłada ręce do zranionego miejsca). Wszystko kończy ujęcie na jego ostatnie spojrzenie, w którym zastyga na wieczność.

Jędrzej Michalak    
9 kwietnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie