RECENZJE

Someone Still Loves You Boris Yeltsin
Pershing

2008, Polyvinyl 6.6

Przejdźmy do meritum sprawy: czyżby kolejny revival power-popowej stylistyki? Po nagłym i wysoce niekontrolowanym wysypie zespolików odwołujących się do tego seventiesowego (z wyjątkami w obie strony) genre na początku obecnie nam panującej dekady, obfitującym wręcz w mocarne wydawnictwa pełne nieprzeciętnych hooków i jazgotliwie przetworzonych harmonii, siła i popularność tego jakże fantastycznego podzbioru muzyki (stricte-)rozrywkowej zmalała w zaskakującym tempie, a (jak widać nie dostatecznie) huczny nawrót gatunku dobiegł ku końcowi.

Cóż w takim razie stało się z reprezentującym go sztabem wykonawców? Muzyczne metamorfozy odpowiadają tu za większosć przypadków mniej lub bardziej haniebnej kapitulacji: Of Montreal załapali długotrwałą zajawkę na elektro-wspomaganą psychodelię, New Pornographers podążyli niestety ścieżką nu-dziarskiego nu-indie (tak samo jak niegdyś-przecież-tak-wymiatający Shins). W najgorszym wypadku artystom zachciało się nagle zginąć w wypadku samochodowym, jak miało to miejsce w przypadku Exploding Hearts. Beje.

I w tym miejscu na arenę wkraczają właśnie chłopcy (spójrzcie tylko na zdjęcia) z mocno obciachowego stanu Missouri, czyli bohaterowie dzisiejszej recenzji. Pewnie, wiadomo, że poziom tylko szóstkowy, a i smętów uświadczysz tu całkiem sporo, ale od wielu lat nie mieliśmy do czynienia z płytką tak naturalnie wpadającą w brzmieniowy szablon i kompozycyjny klimat modern-day power-popowy, czyli wzorzec dumnie zapoczątkowany w latach dziewięćdziesiątych przez kanadyjską ekipę zwaną Sloan.

Nie bez kozery przytaczam w tym miejscu nazwę tej znaczącej grupy, bo już otwierający Pershinga "Glue Girls", kawałek bodaj najlepiej ilustrujący obraną przeze mnie teze, w prostej linii odwołuje się do muzyki wspomnianych ziomków. Jelcyni prezentują tu najbardziej klasyczną wersję estetyki w której przyszło im się obracać – gitary na ledwo wyczuwalnym, "miękkim" przesterze, bas bawi się z perkusją, a harmoniczne wokale skandują ujmujące linie melodyczne, jak zawsze w tym wypadku inspirowane popem lat sześćdziesiątych. Opener dodaje od siebie jeszcze niezłego kopa, trochę fokusu (nie, nie ma takiego słowa), i mamy najlepszy kawalek spod piora południowców.

W dalszej partii płyty powyższa formuła ulega zgrabnemu powtórzeniu ("Boring Fountain" i "Oceonagropher"), spowolnieniu przy zachowaniu jakości ("Dead Right" czy "Modern Mystery") oraz spowolnieniu przy dramatycznym spadku jakości ("Some Constellation"), by ostatecznie ustąpić pola nijak tu nie pasującej, akustycznej przyśpiewce z hiszpańskawym zacięciem – "Heers". Całkiem miłej zresztą, ale nie o to tu chodzi. Sęk w tym, że w swoich najlepszych momentach Pershing to naprawdę godny kontynuator współczesnej linii power-popowej, jeśli nie – na chwilę obecną – jedyny.

Patryk Mrozek    
22 września 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie