RECENZJE

Solex
The Laughing Stock Of Indie Rock

2004, Discmeister 7.9

Czy to syndrom, że idzie ku lepszemu, to nie wiem, ale zobaczcie. Poprzednią płytę Solex zdobywałem w dość osobliwych okolicznościach. Mam, a właściwie moja matka ma, pewnego zioma w rejonach Eindhoven. Ten przemiły i inteligentny młody człowiek zaszczycił nawet kiedyś, w okresie warszawskich odwiedzin, mecz Polska – Węgry na Łazienkowskiej, wygrany przez nas 1:0 po bramencji Ratajczyka z wolnego, ale to trochę na marginesie. Ważne, że trzy lata temu poprosiłem go raz o kupno Low Kick And Hard Bop, albumu z 2001 holenderskiej artystki o nazwisku Elizabeth Esselink, ukrywającej się pod ksywą Solex. No bo skoro mieszka na Niderlandach, to raczej ma pod ręką takie cymesiki, a ja tu w kraju jakoś pozycji owej odnaleźć nie podołałem. Z początku pojawiły się drobne kłopoty. Toon średnio w ogóle kojarzył wykonawczynię, więc miał nieco utrudniony proces szukania płytki. Dziwiłem się, ponieważ solistka nagrywała dla Matadora i chwaliły ją niezależne publikacje o zasięgu światowym. (Później lepiej zrozumiałem podobny mechanizm, gdy o Atmanie, jako czołowym reprezentancie alt-muzy nad Wisłą, dowiedziałem się z zagranicznego źródła.) Ostatecznie, w sumie Toon to kompletny boss, bo dotarł wreszcie do CD, wysłał mi i skwitował całą sprawę mailem, gdzie zwierzył się, iż marnie doznaje przy Solex, ale jeśli ja tak bardzo czekam, to.. "have fun with your cup of tea".

Spoko, właśnie takie żywiłem nadzieje. Sporo naczytałem się uprzednio o technice twórczej Esselink i same deskrypcje jej metody pobudzały wyobraźnię. Przybliżę teraz zagadnienie pokrótce, aczkolwiek mogliście już o tym słyszeć. Elizabeth, pasjonatka-kolekcjonerka, prowadzi w Amsterdamie sklep z używanymi winylami. Wcześniej próbowała sił w paru grupach w roli wokalistki, choć finalnie odnalazła swoje hobby dzięki urządzeniu zwanemu sampler. Z jego pomocą jęła wycinać próbki trzeszczących fraz i sekwencji z bogatego wyboru analogów na półkach, a w końcu układać je w luźne konstrukty o znamionach abstrakcyjnych kompozycji stymulowanych rytmicznie. Phi, wygląda to dość typowo: iluż to frędzli porywało się na przybliżony proces, at their best lądując w szufladce między Tobinem a Shadowem. Tylko, że naprawdę, jej kolaże nie posiadają precedensu, o czym za moment. Następna różnica polega zaś na drobniutkim detalu, że Liz przywidziało się okraszać te podkłady własnym śpiewem. Z pozoru nadal żadna sprawa, w realiach diametralnie odmienia kontekst utworów. Spontanicznie, niby na kolanie, powstają surrealne piosenki, charakteryzujące się dozą intelektualnego absurdu, choć przecież z pozoru zwykłe singalongi o zwrotkach, refrenach, mostkach, ledwie wariacko przetasowanych. No co.

Te wszystkie elementy zebrane razem decydują o specyfice stylu Solex i po słodkim pytaniu "a jaki to jest rodzaj muzyki?" zmuszają mnie do uników, cholera. Aczkolwiek tęsknię za inteligentnymi dyskusjami o muzyce i lubię analizować takie zjawiska. Nie skłamię zbytnio, deklarując, iż poznanie Low Kick spełniło dla mnie funkcję chrzestu bojowego w perspektywie dekonstrukcji narracji, najważniejszej kategorii sterującej obecnie każdym medium wypowiedzi, od literatury, przez fonografię, po film. Akurat krążek serwuje wręcz podręcznikową, encyklopedyczną prezentację tego pojęcia. W klinicznych warunkach obserwujemy studium załamania czynników determinujących bieg kompozycji, ich rozdzielenie i powstającą wskutek ambiwalencję. Mówiąc wprost: percepcja polega na permanentnym wątpieniu: czy coś tam jeszcze jest, czy już tego tam nie ma. Wizjonerskie podejście do wszystkich płaszczyzn godne jest miana geniuszki. Post-rytmizm, post-melodyzm i post-formizm baraszkują niefrasobliwie, bez krzty pozerskiego akademickiego zadęcia. Co odpowiedzieć zatem? Poza jadącym groovem "Have You No Shame, Girl?", ewokującym klimat Becka z Odelay, i kilkoma pastiszami wodewilowej rozrywki sprzed paru dobrych dekad, Low Kick, jeden z najoryginalniejszych i najwspanialszych (a równocześnie karalnie zignorowanych w szerszym planie) albumów lat dwutysięcznych nie zawiera wielu minut odsyłających do bezpośredniego zaplecza w łańcuchu rozwojowym gatunków.

Aa, chwila, coś zacząłem, że idzie ku lepszemu? Ano. Check this: follow-up do Low Kick, tegoroczny krążek Solex, The Laughing Stock Of Indie Rock da radę dostać w Empiku! How sweet. Rockers Publishing spisują się na medal, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że laska zmieniła label z powszechnie dystrybuowanego na mały i niszowy. Serio, to budujące. Rzut oka na digipack pozwala skumać kilka fundamentalnych cech dystynktywnych nowej płyty w porównaniu do poprzedniczki. Solex ciągle pisze, wykonuje i rejestruje materiał sama w swoim "studio Aftrap" w sypialni domu w Amsterdamie, z tym, że tu pomaga jej trzech gości. Obecność rodaków gitarzysty i bębniarza wzmacnia miks, natomiast udział tajemniczego Stuarta Browna przy mikrofonie, dysponującego niskim, barowym croonem, wzbudzi chyba kontrowersje, na zasadzie kontrybucji Sylviana w "Transit". Bez niej dla wielu Venice wypadłoby mocniej, podczas gdy inni podkreślają idealny dobór basowego timbre Davida do mrocznej atmosfery tracka. Identycznie, duety z Elizabeth w "Honkey Donkey" czy rozmytym, unfocused closerze "You've Got Me" wzbudzą kontrowersje u garstki sympatyków (założyłbym fanklub Solex, gdyby doba trwała więcej godzin, dajmy na to o 45 godzin więcej). Z wyjątkiem tych świeżynek, Laughing Stock (pozwalam se na ten skrót mimo oczywistego skojarzenia z łabędzim śpiewem Talk Talk) to odważna, bezkompromisowa kontynuacja rewolucyjnych pomysłów z Low Kick, bezspornie plasująca Esselink w aktualnej czołówce mieszaczy globu.

Wtajemniczeni już od jazzującego, kipiącego suchymi archaicznymi breakami openera "Yadda Yadda Yadda No. 1" wykrzywią twarz w grymasie zadowolenia, nim jeszcze pojawi się ten unikatowy, dziewczęcy głos Liz: dziecinny i naiwny, urokliwy i rozpoznawalny z dalekiej odległości. Dla reszty inicjacja może wydać się trudna: metra są pojebane, aranże przechwytują kolejno odrębne instrumenty (znak firmowy Solex), nic się nie klei ze sobą dźwiękowo, a teksty wykorzystują poetykę koincydentalnej leksyki a la dadaizm. Plus, dziwne nawiedzające skojarzenia. Solex bywała porównywana do Beefhearta, i bit "You're Ugly" wyjęto z "Moonlight On Vermont". Surowizna riffu "Honkey Donkey" odsyła do początków Stonesów. Na szczęście z tych pogmatwańców Esselink wyciska markowe anty-hooki i jest zdolna wyczesać znienacka lasujące mózg harmonie. Sprawdźcie "A Round Figure" (linia "You wanna sell your 4-wheeler"!) albo "My B-Sides Rock Your World" (intro z pianinkiem skradzionym z "Knee-High"!), nie mam pytań. A że cała ta gierka realizuje się na bazie kratowych, szpilkowych aranżacji, a jednocześnie klasyczny Solexowy humor (chociażby te tytuły, no!) pomaga uciec od pretensjonalności, jest kapitalne. Sięgając bezzwłocznie, pamiętajcie: Low Kick, o którym w ogóle korci żeby skrobnąć jakiś rozległy esej, ale czasu i sił brakuje, pozostaje arcydziełem Elizabeth, jej opus magnum, ale że Laughing Stock Of Indie Rock znów ewakuuje autorkę z grona potencjalnych "konkurentów" (w rzeczywistości ona startuje we własnej lidze) hen w gwiezdne rejony poziomowe, jest, stwierdzam, jedną z moich tegorocznych największych radości.

Borys Dejnarowicz    
30 grudnia 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja