RECENZJE

Solange
A Seat At The Table

2016, Saint / Columbia 6.6

Stało się. Solange doczekała swojego momentu i wraz z wydaniem tegorocznego albumu może spokojnie rozsiąść się w fotelu alternatywnej mega-gwiazdy. Ci, którzy od pewnego czasu szukali w Beyoncé tego, czego nie jest w niej wcale aż tak dużo, wreszcie znaleźli to samo w Solange. Mowa oczywiście o słynnej figurze "ambitnego popu" – to coś co pozwala kryptosnobom tkwiącym po części mentalnie wciąż 10 lat temu (guilty pleasure, heh) nieco prowokować, mówiąc, że słuchają popu, a jednocześnie wskazywać, że wprawdzie to pop, ale "patrzcie jakie dziwne te kawałki, nietypowe" (nie wiem czemu, ale takie wrażenie sprawiają jeszcze obecnie niektórzy "szanowani recenzenci"). Ok, może przesadzam z kąśliwością, ale przy całej sympatii dla A Seat At The Table, nie mogę się zgodzić na przedwczesną kanonizację. Na zawyżanie ocen ma też pewnie wpływ politycznie zabarwiony (interludia) kontekst muzyki. Solange wpisuje się w całą serię artystów, którzy ostatnio reanimują formułę muzyka zaangażowanego, wykorzystując płytę do głoszenia "postulatów czarnej społeczności". Niektórzy chyba już nawet uwierzyli w swą zbawczą moc (patrzę na Ciebie, Kendrick). Tak sobie myślę, w kontekście tego całego uwielbienia dla A Seat At The Table, jak bardzo po macoszemu potraktowano takie płyty jak Cognac & Conversation, czy niegdyś nagrywki Lisy Shaw. W końcu były to nagrania o podobnej stylistyce, zbliżonym poziomie, jeśli nie wyższym (Cherry). Najwyraźniej Kindness w credistach, ALTERNATYWNE BRZMIENIA i kilka politycznych statementów niektórym "robi wielką płytę". No dobra, może zacząłem zbyt gorzko, a przecież u góry figuruje całkiem dobre 6.6.

Na tegorocznym albumie Solange mamy cały wysyp najróżniejszych alternatywno-mainstreamowych (i nie tylko) artystów. Jest Sampha, gościu od Kindness, Lil Wayne, w dwóch kawałkach pojawia się nawet Sitek z TV On The Radio, jest obowiązkowy Saadiq, no i co mnie chyba najbardziej zaskoczyło – Sean Nicholas Savage, któremu mocno kibicuję od czasu Bermuda Waterfall (i liczę na większą kolaborację z Better Person!). A Seat At The Table to – jak słusznie zauważył nasz naczelny – trochę casus tegorocznego Blood Orange. Niby wszystko jest tak jak trzeba, porcyscore itd., odpowiednia dawka kompozycyjnych kombinacji, ale jednak całościowo materiał jakoś spływa po odbiorcy. Większość utworów jest dosyć statyczna, przez co zdarza się monotonia, choć zazwyczaj znajdzie się jakiś przykuwający uwagę drobiazg. To, co najczęściej irytuje, to mała wyrazistość. Kawałek z Q-Tipem tradycyjnie nie zaskakuje soul-jazzowością, ale i tak septymolki kupuję w ciemno. Dziwnym trafem wszystkie tracki, w których pojawia się Sampha są tymi ciekawszymi momentami płyty – introwertyzm mojego ulubionego "Don't Touch My Hair" przypomina intymne wyznania Lisy Shaw. Urzeka delikatność refrenu "Weary", choć podkład, na którym opiera się wokal jest trochę za słabo naszkicowany przez co mało zapamiętywalny. Singiel "Cranes In The Sky" został nagrany w 2008 (!) i trochę to słychać, ale mimo wszystko jest nasączony jednymi z bardziej wwiercających się w pamięć motywów na płycie (zwieńczenie refrenu dopełnione arpeggiem klawiszów – highlight).

Wygląda to wszystko bardzo solidnie i obiecująco. Solange balansuje między motywicznością, która potrafi tu i ówdzie przez kilka/kilkanaście sekund wybrzmieć i wbić się do głowy, umiejętnie urzeka ozdobnikami, ale jednocześnie często ucieka w statyczne kompozycje kosztem nośności i to jest, mam wrażenie, największa wada, która sprawia, że całościowo materiał nie jest w stanie wznieść się ponad status wspomnianego wcześniej Blood Orange. Rozumiem, że zamierzona spójność, konceptualność albumu wymaga dostosowania również warstwy muzycznej. Ale czy koniecznie musi się to odbywać poprzez czasem nachalną alt-popowość charakteryzującą się często małą wyrazistością i statyczną konstrukcją? Nie traktuję tego kierunku jako absolutnej wady (analogicznie – wyciszone Blonde to w końcu świetna płyta), po prostu uważam (w świetle tego jak dobre, obiecujące utwory znajdują się na tej płycie), że Solange więcej wycisnęłaby z kompozycji gdyby ciążyły one nieco bardziej w stronę harmonicznego rozpasania oraz wyrazistości melodycznej, mniejszej szkicowości akordowej, a niekoniecznie kładłaby tak duży nacisk na alternatywność środków wyrazu (instrumentarium, ozdobniki, ambientalność itd.) i nadmiar patetycznych interludiów (choć ich dokumentalna forma stara się nam wmówić, że wcale tak nie jest), których ilość moim zdaniem zaburza flow płyty. Knowles wciąż chce nam udowodnić jak świetne ma papiery na to, by zakorzenić się w świadomości i dojść do serca "modelowego" słuchacza alternatywy. W sferze kompozycji nie zawsze wychodzi to na plus. Mam wrażenie, że czasem pójście w przeciwnym, mainstreamowym kierunku byłoby jeszcze ciekawsze, bo skłaniałoby Solange do zaatakowania słuchaczy nie tylko nietypowymi konstrukcjami, ale i większą ilością hooków. Jako wokalistka, Knowles prezentuje całkiem ciekawy timbre o dużym potencjale w wykonywaniu kawałków często bardziej smooth (na modłę cieplejszej Sade) niż r&b, z resztą na tej granicy często balansuje (stąd moje skojarzenie z poruszającą się w podobnych rejonach chillu Lisą Shaw). Przy tym wszystkim jednak A Seat At The Table wyznacza interesujący kierunek, ale wbrew temu, co sądzi wielu krytyków, mam przeczucie, że nie jest to jeszcze ani highlight w karierze, ani szczyt możliwości Knowles. Przy odpowiedniej selekcji materiału, doborze songwriterów być może za kilka lat otrzymamy płytę, która przeskoczy A Seat At The Table. Liczę na to, kibicuję a na przyszłość proszę o mniej interludiów i więcej wyrazistości.

Jakub Bugdol    
18 października 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja