RECENZJE

Soft Pink Truth
Do You Party?

2003, Soundslike 6.6

Wszyscy słyszeli historię powstawania A Chance To Cut Is A Chance To Cure już tysiące razy i z pewnością zdrowo rzygają, czytając dosłownie w każdej recenzji o tym, że płyta składa się wyłącznie z sampli operacyjnych, odgłosów zaczerpniętych prosto ze stołów chirurgicznych. Hey, big deal. A jeden z najpopularniejszych zespołów rockowych wszechczasów stworzył sto lat temu kompozycję złożoną z dźwięków przygotowywanego i spożywanego śniadania, i wynikła z tego jakaś niezrozumiała jajecznica z pretensjami do omleta. W wypadku Matmos intrygujący jest fakt pełnego powodzenia nietypowego przedsięwzięcia – duet Drew Daniel i M.C. Schmidt przywdziewając niebieskie fartuchy wykroił dziełko intrygujące na własnych prawach, nie uzależniające odbioru od głębi interpretacji wydumanego konceptu. Wiedza pozamuzyczna daje tylko pewne pojęcie jak Matmosowi udało się osiągnąć tak oryginalny sound dla zapisania swoich rozleniwionych anatomicznych przemyśleń, natomiast nie jest wiodącą impresją w czasie pasjonującej lektury.

Do You Party? to projekt nieco mniej ambitny niż A Chance to Cut, wyrywający w obszary bardziej klubowo zorientowane (na Matmos "przynajmniej ten klub odpadał", chociaż sporadycznie pojawiały się jakieś skurczone zarodki tanecznego tętna), kiwający łebkiem w geście zapraszającym na balangę. Niekoniecznie jest to zautomatyzowane falowanie na cannabis: starannie programowane beaty, często interesująca realizacja rytmu i zróżnicowany repertuar sampli tworzą jakość wysublimowaną, bijąc na głowę napędzane wonią trawy, czy innych takich gówien, jednowymiarowe wydawnictwa z kręgu minimal-techno, ambient-dub, experimental-dub-ambient-house i tym podobnych. Na przypadkowo zawiązanym projekcie Drew Daniel postanowił przefiltrować przeróżne starsze konwencje przez nowoczesną elektroniczną estetykę, zachowując jednocześnie ogromną spójność materiału. Do You Party? umożliwia natknięcie się na cytaty z soulu, funku i r'n'b zaprzęgnięte w realia współczesne: house'u, clicków, dyskretnego techno, samplowej manipulacji.

Nade wszystko przewija się motyw electro. "Make Up" może nawet budzić skojarzenia z Adult. Krótki wycinek z pamiętnika suki, opowiadający o nakładaniu makijażu, doborze odpowiednio wyzywającego stroju i strategii zachowania, mających za zadanie zwabić samca do łóżka, zakomunikowany jest w skrajnie demoniczny sposób, przydając kawałkowi przewrotnej pikanterii. Bo "Make Up" to przeróbka piosenki z repertuaru wyuzdanego trio z lat 80-tych, Vanity 6, tworzonego przez trzy ekstremalne suczęta i modnego nawet jak na dzisiejsze standardy. Wersja Soft Pink Truth nie różni się od pierwowzoru zasadniczo, ale w sugestywny sposób eksponuje odhumanizowany główny motyw i monolog suki oraz pozbywa się niepotrzebnych pseudo-orientalnych przerywników, zastępując je cyfrowym bałaganem. W ten sposób "Make Up" AD 2003 podkreśla rzeczywiście samą esencję utworu Vanity 6.

W nurt odrobinę eksperymentalny wpisują się "Soft On Crime" i "Big Booty Bitches". W przypadku pierwszego tracka odnajdujemy przekwaszony jamajski rap, pojedynczy kobiecy zaśpiew wyjęty z Prodigy, okrzyki męskich cheerleaders, skrzypienie drzwi, odgłosy bicia w dzwon, głośne ruchy grdyki, a wszystko podane w oprawie odrealnionego rave'u. Co ciekawe, kawałek wzniesiony jest na osobnych konstrukcjach o wspólnej zaprawie rytmicznej. Podobnie po funkowej introdukcji "Big Booty Bitches" Daniel zabawia się r'n'b i murzyńskim rapem spod znaku retardów pokroju Shaggiego. W obu przypadkach konkluzja brzmi: "Kanciasto było, nieczysto. Także nie podobało mi się, nie przekonuje mnie taki chaotyczny zlepek. Ale myślę, że ty masz w sobie coś fajnego i jeszcze znajdziesz gdzieś kiedyś swoją publiczność". Zakrocki pewnie się zasłuchuje.

Z tych rzeczywiście bardziej tradycyjnych i odpowiadających parkietom klubowym (oraz ludziom na nich stojącym rzecz jasna) brzmień poziom trzyma letargiczne "Coat Check", gdzie misterne mikro-cięcia przywołują My Way Marca Leclaira, ale do prawdziwych rodzynków należy "Over You", gdzie Daniel udowodnił jaki z niego mózgowiec, prowadząc narrację na szkielecie beatu, przechodząc od czarnego groove'u do delikatnej psychodelii, acid house'u, cudownych klasycystycznych fortepianowych partii, jakby zaczerpniętych z recitalu jakiegoś wybitnego poważkowego kompozytora, aż po przejmujące zakończenie, kiedy na subtelnym klawiszowym tle słychać szepczące wynurzenia dziewczęcia o zgoła anielskim głosie. Zresztą w podobne kombinacje z przeobrażeniami dźwiękowej meteorologii obfitują początkowe fragmenty Do You Party? – zarówno kompletnie wymiatające syntetyczne twory w rodzaju "Everybody's Soft" i "Tender Studies", jak i posklejane z mniejszym polotem "Promofunk".

W końcowej sekwencji albumu z grobów zaczynają wyłazić zwłoki, wprawiając cmentarz w północne, podksiężycowe bujanie. Lunarne pulsowanie "Satie" i "Soft Pink Missy" to kosmetyczny, drobiazgowy minimalizm, zahaczający o rejony microhouse'u, jednak w odniesieniu do produkcji takiego Jelinka prezentujące poziom zaledwie drugoligowy. "Satie" dźwięczy jak ilustracja obrazka dymu z fajki, unoszącego się powoli w mroku w stronę najbliższego gwiazdozbioru, natomiast "różowa panienka" baluje na imprezce, która dwa dni wcześniej może i rozpoczęła się od zwykłego electro, ale po kilkudziesięciogodzinnym ostrym podlewaniu atmosferki kwasem przerodziła się w kolorowy narkotykowy transik.

Soft Pink Truth nie jest chyba do końca moją drużyną; nie dałem się całkowicie ponieść imprezie organizowanej przez Daniela. Jednak stojąc z boku i przyglądając się nie-swoim, zjaranym klimatom, z entuzjazmem przytakuję tak intrygującym próbom poszerzania formuły brzmień klubowych.

Michał Zagroba    
2 czerwca 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie