RECENZJE

Smolik
Smolik

2001, Sissy 5.3

Może nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę, ale Andrzej Smolik jest postacią bardzo zasłużoną dla polskiej muzyki ostatnich dziesięciu lat. To on, nie kto inny, pomógł nagrać debiutancki album grupie Myslovitz. On współpracował z Wilkami i Robertem Gawlińskim. Dzięki jego wizjonerskim, przestrzennym partiom instrumentów klawiszowych ostatecznego kształtu nabrało niewątpliwe arcydzieło, jakim jest Karma Heya. On wreszcie gościł na pierwszej solowej płycie Nosowskiej, by na dwóch następnych objąć główny ster muzyczno-produkcyjny tego projektu. A to tylko te najbardziej znane przykłady. Bo Smolik to taki pracuś, który długo i ciężko pracował dla innych. Przyszedł więc w końcu czas, by zrobić coś na własny rachunek. Tym czymś jest autorski debiut Smolika, właściwie bez tytułu; na okładce, obok zdjęcia muzyka, widnieje tylko jego nazwisko.

Większość materiału, który wypełnił ten krążek, pan Andrzej nagrał sam w swoim prywatnym, domowym studio. Później zaprosił do niego wielu gości, głównie wokalistów, których udział nadał elektronicznym podkładom bardziej żywy, piosenkowy wymiar. Wśród zaproszonych osób niemało jest postaci dobrze znanych na polskim rynku muzycznym, więc może warto kilka z nich wymienić: Artur Rojek z Myslovitz, Jacek Perkowski z T.Love, Paweł Krawczyk z Heya, czy Bogdan Kondracki, były basista i wokalista Kobonga. Wbrew pozorom, nie wyliczam tych nazwisk na zasadzie recenzenckiego obowiązku. Właśnie zaproszeni na sesję goście, a nie sam mistrz ceremonii, decydują o charakterze poszczególnych nagrań. A może inaczej: goście poszerzają obszar stylistyczny, gospodarz go zawęża i dodaje mu spójności.

Dobrze, czas się zdeklarować. No więc jest tu wiele interesujących momentów. Płytę otwiera krótka, elektroniczna impresja tajemniczo nazwana "Gru". Zaraz potem "50 Tysięcy 881", z Rojkiem przy gitarze i mikrofonie: udany numer, z ładną, może chwilami zbyt naiwną melodią. Tytuł to suma wszystkich liczb pojawiających się w intrygującym tekście, wyłączając "milion" z refrenu. Niepowodzeniem okazuje się udział Kondrackiego w nudnawym "Junction". Śpiewa tu zupełnie inaczej niż w Kobongu, ale ta zmiana nie wychodzi mu na dobre; poza tym, jego głos jest słabo słyszalny i zupełnie nijaki. Nuży egzotycznie brzmiące "Zendegi", gdzie śpiewa Irańczyk Azim Trani. Smolik zapewniał, że utwór ma oryginalny klimat, że arabizujące wokalizy go wzbogacają. Tymczasem jest to kawał ciężkostrawnego, sztucznego mariażu jednostajnych, zmierzających do nikąd pętli rytmicznych z jakimiś orientalnymi zaśpiewami.

I właśnie wtedy, kiedy album zaczyna męczyć, pojawia się nagle piękny, pastelowy motyw pulsujący zgrabnym rytmem. To wstęp do następnej piosenki, "T.Time". Ale, niestety, okazuje się ona największym rozczarowaniem w zestawie, idealnym wręcz przykładem na to, jak miły początek można zmarnować, gdy brak pomysłu na jego kontynuację. Odnoszę wrażenie, że udział Kasi Nowickiej (kolejnej, setnej chyba Kasi na naszej scenie muzycznej), był złym posunięciem. Kiedy Kasia wchodzi z wokalem na wysokości 0:17, jest to jeszcze do wytrzymania, gdyż w tle wciąż mamy ładny podkład. Refren jest już jednak nieznośny. Ta melodyjka psuje wszystko, i, tak mi przykro, podwójna linia Kasi (śpiew / melodeklamacja) jest tego główną przyczyną. "Don't you see life's a dream coming true now" – błagam, tylko nie to! I tak pada na ziemię (z hukiem) całkiem przyjemne się zapowiadające, inteligentnie rozplanowane nagranie.

Co zaś najciekawsze, najmocniejsze wrażenie robią fragmenty instrumentalne, w których udało się artyście nakreślić własną definicję funkującego chill-outu. "Attitude" zaczyna się wprawdzie nieszczególnie, zbyt rozrywkowo (o podobieństwie basu do wstępu "Hey Boy Hey Girl" Chemical Brothers nie wspomnę). Ale to tylko pierwsza minuta, później robi się niebiańsko, uroczo i słodko. I tak już, z małymi przerwami, zostanie do końca. Smolik ujawnia swój kunszt melodyczny; potrafi jednak umiejętnie podporządkować warstwę harmoniczną ogólnej hipnozie. Podobnie jest w "Med": to właściwie wciąż powtarzany motyw pianina elektrycznego, ale ciekawe próby jego urozmaicenia mają sens i są ozdobą utworu. Szczytowy moment płyty stanowią jej dwa przedostatnie nagrania. Najpierw "Robot Dance", kolejny instrumentalny obraz z szepczącym głosem tylko w tle, płynnie przechodzący w "Vok", z przetworzonym głosem, nieodparcie przywołującym na myśl "New Star In The Sky" z debiutu Air. W środku znalazło się nawet miejsce na kapitalnie zwiewną, kojarzącą się z cyrkowym, czy jarmarcznym przedstawieniem melodyjkę. Całość wieńczą smętne pasaże akustycznej gitary i organów.

Muzycznie, jest to na pewno płyta taneczna, ale raczej nie na parkiet, jakkolwiek paradoksalnie to nie zabrzmiało. Skojarzenia są różne: Air, Stereolab, The Orb. Chwilami, zwłaszcza w części instrumentalnej, przypomina to klimat solowej Nosowskiej, kilka podkładów znalazłoby miejsce na Milenie. Z tą różnicą, że zamiast pamiętnych, neurotycznych nastrojów z tamtego albumu, Smolik emanuje atmosferą uspokojenia i rozluźnienia. Dlatego dominują tu beztroskie, banalne czasem motywy, jak w kończącym całość "Alili" (wokal: Larry OK Ugwu).

Borys Dejnarowicz    
21 września 2001
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie