RECENZJE

Smolik
2

2003, Sissy 4.2

Rok 1984 to hit jakich mało. Mówi się o nim przy najrozmaitszych okazjach, nie tylko w szkołach i w nadawanych późną porą telewizyjnych programach, w których to pseudo-intelektualnym bełkotem fachowcy ("jest pan głuuu... chy na humor tej książki!") wykłócają się na temat danej książki. O dziele Orwella nieustannie rozprawia się niemal wszędzie: w felietonach, wiadomościach czy też zwykłych rozmowach w parkach. Ostatnio nawet w jednym z wywiadów Thom Yorke użył określenia "orwellian world" (wiadomo, odnośnie czego). Poruszam ten temat nie dlatego, by powielać spowszedniałe pytania w stylu "czy dzieci naszych dzieci czeka właśnie takie życie?", ale by zadać całkiem nowe: "jak brzmiałaby muzyka w świecie Roku 1984?".

Pierwsza myśl nasuwa się od razu: nadmiar jakichkolwiek emocji, pozytywnych czy też negatywnych, byłby niedopuszczalny. Rock więc odpada – dziś nawet tak bezpłciowe gówna jak Nickleback potrafią niektórych wzruszyć do łez lub wzbudzić spontaniczny okrzyk "oh yeah!". Po chwili zastanowienia dochodzę do wniosku, iż spośród setek gatunków muzycznych najlepsza byłaby popowa odnoga elektroniki, a właściwie: elektroniczna odnoga popu. Szybko przyswajalne syntetyczne podkłady, w które łatwo wmieszać interesujące nas przesłanie, nie wzbudzą euforii, nie doprowadzą też do depresji. Idealnie, gdy całość jest też mniej lub bardziej nużąca – dzięki temu obywatel nie zakochuje się w tak nieefektywnej czynności jak słuchanie płyt i jest w stanie większą ilość czasu poświęcić pracy.

Nie jestem w swych rozważaniach pierwszy. Pionierem był kto inny – Andrzej Smolik, który postanowił stworzyć ścieżkę dźwiękową, tyle że nie do filmu, jak to się zazwyczaj robi, a do książki. Składam panu Andrzejowi szczere gratulacje, zamysł udał mu się stuprocentowo. Jego 2 to zestaw dwunastu bardzo podobnych do siebie utworów, z których niemal każdy spełnia streszczone pokrótce powyżej warunki. Płyta jest więc spokojna, często przesycona optymizmem do granic możliwości (i grubo poza granicami znośności), rzadko z kolei bije z niej (i tak lekkawa najwyżej) nutka smutku. No i najważniejsze: album jest nużący jak koncert Silver Rocket, czy to za sprawą mdławych aranżacji, czy to przez nieumiejętne operowanie nienajgorszymi nawet melodiami.

Zły jestem szczególnie na jedną przywarę albumu, którą przecież tak łatwo można ominąć: teksty śpiewane po angielsku przez artystów, dla których nie jest on pierwszym poznanym językiem. Wymowa i bardzo silny polski akcent sprawiają niekiedy wrażenie, iż dana osobistość polskiej sceny "niezal" (bo na płycie głównie takie się pojawiają, w dużej części line-up pokrywa się ze Smolikiem) uczyła się w szkole tylko rosyjskiego, mowę zachodnią zaś zna z sitcomów bez dubbingu i piosenek zagranicznych gwiazd. Wiem, że dobre śpiewanie po angielsku nie jest łatwe, ale na boga, czy trzeba się przy nim upierać, słysząc poronione efekty? Jak widać nawet Ricky'ego Martina ciężko czasem w czymś dogonić. O Björk nie wspominając.

Ważne nie tylko jak się śpiewa, ale i – co. Nie spodziewałem się niczego dobrego; już na debiucie Smolika tekstom pisanym przez jego gości udawało się rozbudzić u mnie zdrową salwę śmiechu (polecam zwłaszcza "Alili"). Niestety na 2 jest jeszcze gorzej. Najmniej ambitne popowe produkcje nie mają słabszych tekstów, nawet takie, w których słyszymy, dajmy na to, "Matko ziemio! / Ojcze niebie!" (autentyk!). Przykładowo do "L.mine" taki oto refren napisała nieszczęsna Mika Urbaniak: "Hey what a day! / Hey it's ok! / Hey come and play! / It's your lucky day". Dalej pojawiają się frazy w stylu "Your lucky day with me" albo "Relaxed and free / Just you and me". W tym momencie album osiąga dno, od którego odbić mu się na więcej niż trzydzieści pięć-czterdzieści punktów udaje niestety tylko na krótkie chwile.

Jedną z nich jest "Kremowa Rewolucja", odpowiedź Macieja Cieślaka na "Gdy Widzę Słodycze To Kwiczę" (nie każcie mi szukać dokładnego tytułu, i tak wiadomo o co chodzi) męskiego duetu prosto z tatrzańskiej wprawdzie, ale mimo wszystko wioski. Imprezowy bas w stylu amerykańskiej dyskoteki lat osiemdziesiątych, klimat zabawnego tym razem kiczu (te smyki, hehe), niczym w "Latin Taxi Driver" Titi Twistera (dla niewtajemniczonych: był to przebój Radiostacji jakieś dwa lata temu, puszczany zdaje się z płyty Pepsi Fazy) dopełniają zabawny tekst. "Unurzani w bakłażanie / W cytrynowej pianie / W płynnej czekoladzie / Roztopimy się". No i potem "Winogronowy deszcz / Marcepanowy śnieg / Ananasowy deszcz / Cynamonowy śnieg". Tak prezentuje się najlepszy fragment 2. Lider Ścianki wybrnął z zaproszenia Smolika bardzo dobrze, bo czy można było lepiej potraktować cukierkowe podkłady niż pisząc do nich tekst o słodyczach?

Do zorientowania się jak wyglądają aranżacje na 2 wystarczy jednokrotne natrafienie w radiu na jeden z jego przebojów, może on nawet pochodzić z poprzedniej płyty artysty. I tu właśnie tkwi główny mankament krążka: Smolik w porównaniu do debiutu wyraźnie się nie rozwinął, nowe pomysły mają znaczenie marginalne. Co gorsza, ograniczony został zasięg brzmienia, co powoduje zlewanie się utworów w jedną, choć momentami przyjemną, to mimo wszystko plastikową całość. Miałem z tym problem, bo pomimo kilkunastu sesji z albumem ciągle odnosiłem wrażenie, iż nie jestem z nim osłuchany, nie mogąc przypomnieć sobie konkretnych utworów. Niektóre z nich zresztą osobno mogą wydawać się nawet niezłe (poza "Kremową Rewolucją" która jest dobra z całą pewnością), ale słuchane jeden po drugim nieznośnie kłują podobieństwem w uszy, co przy nieco bardziej urozmaiconym Smoliku w aż takim stopniu miejsca nie miało.

Do rzadkich odstępstw od normy należy wzbogacony saksofonem (gra na nim Piotr Ciechowski) "All I", przypominający jazzowo-elektronicznym klimatem Bodily Functions Matthew Herberta czy też Waltz For Koop formacji Koop. I choć sam utwór nie stanowi zbytnio atrakcji, można go traktować jako miłą odmianę i przypomnienie, że na półce leżą dwie dobre chill-outowe płyty z 2001 roku, po które z przyjemnością można sięgnąć. Wątpię jednak, by taki efekt był spełnieniem ambicji autorów piosenki.

Smutniejsze oblicze albumu to "Dig I Din", piosenka tekstowo porównywalna do starego przeboju "Sid I Nancy". Śpiewający tu Artur Rojek stara się jak może: chwilami jego charakterystyczne drżenie głosu przy linijkach "Samotność działa coraz silniej / Coraz bardziej wrastam w nią" rzeczywiście spełnia swoje zadanie bardzo dobrze, wywołując niespodziewanie dużo emocji. Nawet jeśli przymrużymy oko na niektóre wątpliwe wersy utworu, całość i tak psuje muzyka, mdła jak na całym albumie, pozbawiona (jak i połowa fragmentów płyty) choćby połowy przyjemnego motywu. Stworzenie wzruszającej piosenki zza komputera jest z pewnością trudniejsze, niż z zawieszoną na ramieniu gitarą, jednakże – jak pokazał choćby Underworld w "Dark & Long" – nie wykracza poza ludzkie możliwości. Niestety "Dig I Din" może stanowić dowód dla tezy przeciwnej.

Sięgajac do debiutu, Smolik poszedł w stronę przesłodzonego "Junction". Szkoda, bo wprawdzie obranie kierunku na mój ulubiony utwór artysty, intro "Gru", nie zapewniłoby mu sukcesu komercyjnego, ale z artystycznym mogłoby być lepiej, niż jest teraz. Z drugiej strony nie miałbym okazji tarzać się po podłodze ze śmiechu przy kosmicznym po prostu "Or". Na koniec zresztą zostawiam was z wersami autorstwa Magdy Kasprzyczyn (w tle chórki, które idealnie mógłby sparodiować Travis, jak to zrobił kiedyś z "Baby One More Time" – "aaaaaaah aaaaaaah"): "This feeling is overwhelming" (ma świętą rację, haha) / "Nothing counts except from you" (ha ha ha ha!) / "Don't leave me standing / Here in that cold / I'm waiting for you / So open that door".

Jędrzej Michalak    
12 sierpnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja