RECENZJE

Smog
A River Ain't Too Much To Love

2005, Drag City 4.0

Ubogo prezentuje się ostatni Smog. Słuchając go miałem wrażenie, iż mister Callahan nagrał cały materiał w jeden wieczór, rejstrując wszystko co mu akurat przyszło do głowy, i nie zastanawiając się zbytnio nad efektem końcowym. Od początku na czoło wysuwają się charakterystyczny "zachrypnięty" wokal Billego i lekko brzdąkający akustyk (bas/perkusja są jakby na 2-gim planie). Ponadto, gdzieniegdzie słyszymy smyki i (rzadziej) pianinko; symbolicznie inne dodatki. W sumie kawałki są całkiem przyjemne, spokojniejsze (no może poza skocznym, country'owym "The Well") i w zdecydowanie większym stopniu akustyczne od wczesnych nagrań zespołu. Momentami ocierają się o jakiś folkowy sad-core bym powiedział (na przykład taki "Rock Bottom Riser" – ktoś mógłby rzec: "Greku, toż to twoja drużyna jest przejesz!"). Czego im zatem brakuje? Cóż, więc wydaję mi się, że one same nie są do końca przekonane o celowości własnego istnienia. Zdają się nawet mówić: "Słuchaj nas jeśli chcesz, ale niestety nie(wiele) mamy (zbyt wiele) do zaoferowania” (czy w oryginale "We ain't anything special at all"). Słowem, zdecydowanie zbyt dużo jest tu czegoś co Kuba nazwałby "bezproduktywnym plumkaniem", a za mało – i niech to zabrzmi trywialnie – muzycznej treści. Kolejny raz po przesłuchaniu płyty i wyskrobaniu o niej paru zdań nachodzi mnie następująca refleksja: krążek to całkiem miły, ale nudzi się bardzo prędko i kasy bym na niego nie wyłożył (got a copy from Porcys, ha ha). Sorry, panie Callahan: nic nie poradzę, że od całej A River Ain't Too Much To Love wolę jeden "Bloodflow".

Paweł Greczyn    
23 marca 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy