RECENZJE

Smith Westerns
Dye It Blonde

2011, Fat Possum 5.9

MH: Jeśli słyszeliście singlowy "Weekend" to zasmakowaliście w esencji Dye It Blonde. Im dalej w las tym bardziej niewyraźnie, więc najlepiej tej muzyce służy nie przystawianie ucha zanadto. Chłopcy wyruszyli z Chicago gdzieś w okolice gitarowego lo-fi popu, który, z tytułu zastosowania rewerbu i roztaczania nieco plażowego pejzażu, można by od biedy tagować również jako surf-rock. Ostatnimi czasy z podobną materią mierzyły się takie Surfer Blood czy The Drums. Do zestawu porównań dorzuciłbym też MGMT. Nie wymieniam żadnych gigantów, ale to wystarczy by onieśmielić Smith Westerns. Sprawa rozbija się o to, że poszczególne tracki działają na zasadzie przypominajki kilku podobnych acz bardziej treściwych wydawnictw ostatnich miesięcy czy lat. I to do nich chcemy powrócić zamiast repeatować przeciętnie napisane piosenki, których jedynym atutem jest pobrzmiewanie beztroską i nastoletnią naiwnością. Ja oczywiście, jako rzetelny recenzent, zrepeatowałem nawet więcej niż kilka razy w celu zahaczenia o cokolwiek wystającego ponad poziom całości tak, by móc wyróżnić jakąś pojedynczą piosenkę. Niestety. Nie żeby to była od razu jakaś niesłuchalna płyta, absolutnie nie... ale można poprzestać na singlowym "Weekend".

ŁK: Smith Westerns nie mają nic do powiedzenia. Sami zobaczcie. Są mało elokwentni i średnio charyzmatyczni, za to sympatyczni. Piosenki takie jak "Weekend" i "Imagine, Pt.3" odsyłają do ich koncertowych ziomków Girls i Smith Westerns przypominają tamten zespół ale z dodatkowym słodkim balastem glamu i nieirytującym wokalistą. Na Dye It Blonde można właściwie rozróżnić tylko "szybkie" od ballad – chłopaki mają około dwóch piosenek, które rozciągają na długość trwania krótkiej płyty długogrającej. Nawet jeśli kompozycje nie są identyczne to i tak wszystko zlepia się wszechobecnym gitarowym fuzzem, który wzięli w równej mierze od Bolana co Corgana (ponoć to ich idole). A niech sobie mają ten fuzz bo solówki na gitarze są tu najlepsze, ciekawsze od melodii – w "Still New" czy "Dye The World" posiadacz wspaniałego nazwiska, Max Kakacek przypomina pracą ręki Marka Ronsona i zdecydowanie podwyższa rangę tych przyzwoitych numerów. Materiał jest zupełnie solidny, jest dziewięć całkiem fajnych piosenek i jedna trochę fajniejsza ("Dance Away" z dość pociesznym segmentem na Franz Ferdinand, ale też z zajebistym refrenem), Smith Westerns potykają się tylko w krótkich momentach kiedy próbują chóralnych gospelowo-szantowych śpiewów (końcówka "All Die Young", refren "Smile").

WK: Pobrzmiało, pobrzmiało i przebrzmiało z chicagowskim wiatrem. Modne, nie przeczę, miejscami zgrabniuteńkie, a na dłuższą metę niejadalne jak wata cukrowa na letnim festynie. Licealiści, po całkiem zadziornym debiucie, robią maślane oczy w kierunku gładkich melodii, umizgując się do mdlejących panien, stroją się jedynie w piórka garażowych odjazdów własnych dziadków, tych zebranych na kompilacji Nuggets chociażby. Bardziej chłopięcy niż Girls, lecz mięksi niż Soft Pack, z niefrasobliwą beztroską kreują na prywatce klimat dekadencji i jednocześnie rozmarzenia za młodymi bogami, którzy odeszli dawno temu. Stoją na barkach olbrzymów ci starzy maleńcy.

PM: "Are you my main man / Are you now, are you now?" Chłopcy z miasta wiatrów ochoczo rzeczą, że "pewnie!". Tak jak sobie słuchałem kiedyś T.Rexa, to zdaje mi się, że w glamie chodziło o bezpośrednie, over-the-top łapanie za serce zmianami akordów. Zaznaczmy, że nie mówię tu o dostarczaniu wybitnych zmian akordów, które łapią za serce – to zarezerwowane jest dla nieco innego grona artystów; tutaj w grę wchodził raczej emocjonalny wstrząs jako cel sam w sobie, uświęcający często specyficzne środki songwriterskie.

Dlatego też Smith Westerns i ich wrażliwie-antemiczne piosenko-pisarstwo uznaję za godną kontynuację idei.Dye It Blonde może i jest sprawnym miksem wspomnianego "Bolanowego brzmienia" z Georgem Harrisonem circa All Things Must Pass i indie / alternatywą / brit-popem dziewięćdziesiątych (widać nawet na zdjęciach); co wyróżnia jednak grupę na tle zastępów nastoletnich epigonów to fakt, że brzmią oni w tym momencie równie "adj 1. (of more than average size) duży; wielki" jak ich inspiracje, i też nie do końca nastoletnio. Jeśli każda dekada ma mieć swoich Oasis, nie byłbym zły, gdyby teraz byli nimi Smith Westerns.

Łukasz Konatowicz     Wawrzyn Kowalski     Patryk Mrozek     Michał Hantke    
25 lutego 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja