RECENZJE

Smashing Pumpkins
Machina / The Machines Of God

2000, Virgin 4.0

No i po co im to było? Przecież to jest zwyczajne eksploatowanie legendy wielkiego, jakby nie patrzeć, zespołu. Odcinanie kuponów od dawnej świetności i sławy. Na Machinie nie ma nic nowego, nie pojawiają się żadne elementy stylistyczne, których nie znaliśmy z poprzednich albumów zespołu. Ale, niestety jest gorzej: same kompozycje są słabsze, a całości wyraźnie brak polotu i świeżości, która cechowała klasyczne już dziś Siamese Dream i Mellon Collie & The Infinite Sadness. W dodatku ciągnie się to wszystko przez ponad godzinę. Tak więc nie rozumiem zupełnie Corgana i spółki. Adore stanowiło idealne zakończenie dorobku Smashing Pumpkins. Czy powrót do grupy perkusisty Jimmy'ego Chamberlina był wystarczającym powodem do nagrania kolejnej płyty? Na pewno nie.

Chamberlin wrócił, to i więcej jest tu żywych bębnów, mniej za to eksperymentów z elektroniką. Na dobrą sprawę prawie w ogóle (wyjątkiem jest "The Sacred And Profane"). I to następny powód do krytyki: Machina nie jest w żadnym stopniu kontynuacją Adore, jakimś krokiem wprzód, ale bardziej nawiązaniem do ostrych fragmentów Mellon Collie, co samo w sobie nie ma sensu. Po co bowiem wracać do tamtego okresu? Czy zostało jeszcze coś do powiedzenia w temacie brudnych gitar, prostego podziału na cztery i jękliwego zawodzenia? Miałem nadzieję na dalszą penetrację nieodkrytych jeszcze przez Billy'ego terenów, której próbkę mieliśmy właśnie na Adore. Niestety, lider Smashing Pumpkins postanowił wydać zbiór wtórnych, momentami garażowo, a innym razem w sposób irytująco szkolny wyprodukowanych kawałków, które w przeważającej większości brzmią jak odrzuty z sesji do poprzednich dzieł formacji. Nie tego oczekiwaliśmy od artysty.

Oczywiście, Billy Corgan nie potrafiłby nagrać płyty pozbawionej kilku dobrych utworów, więc zawsze można coś znaleźć w tym zestawie. Wymieniłbym interesujące pod względem melodycznym refreny "Raindrops + Sunshowers" i "Stand Inside Your Love", miłe "Try, Try, Try", oraz "The Crying Tree Of Mercury", jedyną tu od początku do końca udaną, oryginalną piosenkę. I w ogóle najciekawsze w Machinie wydają się klimaty liryczne, bo mimo, że zawiera ona sporo tak zwanych "ballad", to prawie żadna z nich nie ma w sobie tej charakterystycznej wrażliwości, która dotąd była znakiem firmowym kapeli z Chicago. Ale to wszystko mało, jak na nazwę takiego formatu. Ten album wydaje się najzwyczajniej w świecie wymuszony. Aż głupio pomyśleć co w takim razie skłoniło muzyków do jego publikacji.

Przykro, że Machina to tylko potężny kawał doskonale znanych, ciężkich brzmień oplatających kompozycyjny banał, którego pełne wysłuchanie grozi długotrwałym bólem głowy. I gdyby nie kłujący głos Corgana, jak zwykle jedyny w swoim rodzaju, to w ogóle nie byłoby o czym mówić. Zwykle staram się opisywać w recenzji pojedyncze utwory, ale tym razem, mając w perspektywie przebrnięcie przez piętnaście podobnych do siebie nastrojem fragmentów, zwyczajnie mi się nie chce. O tych zaś, które choć trochę wybijają się ponad przeciętność, wspomniałem powyżej.

Borys Dejnarowicz    
21 września 2001
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie