RECENZJE

Slowdive
Slowdive

2017, Dead Oceans 6.9

Przyjaciel tłumaczył mi kiedyś naukowe podłoże zmiany w postrzeganiu upływu czasu na różnych etapach życia. Było to dość zajmujące, ale większość teorii nie utrwaliła mi się najlepiej. Najmocniej zapamiętałem ponurą przepowiednię, że z każdym kolejnym rokiem prędkość, z jaką rejestrujemy życie, będzie się zwiększać. Nieunikniona starość. W pewnym momencie zacząłem bawić się w oszukiwanie linearności, wracając do płyt, których słuchałem po raz ostatni kilkanaście lat temu i miejsc, które kojarzą mi się z nimi, usiłując w ten sposób odtworzyć uczucie minionych momentów. Zapewne jak każdy starzejący się człowiek.

Jesienią 2006 roku słuchałem drugiej płyty Amusement Parks On Fire – zespołu, który z godną podziwu konsekwencją usiłował brzmieć, jakby dzielił salę prób z wpatrzonymi w podłogi romantykami muzyki noise'owej złotych lat 90. Słuchałem Asobi Seksu, Serena Maneesh i wielu zespołów, których nazw już nie pamiętam. Miałem wówczas dość ograniczoną wiedzę na temat muzyki i wciąż najbardziej lubiłem klasyczną psychodelię i prog-rock, także ten współczesny. Nie przeszkadzało mi to jednak wstąpić rok wcześniej do sekty pozostającego w długoletniej hibernacji Slowdive. Wszystko za sprawą wrażenia natychmiastowego, niemalże miłosnego upojenia w trakcie pierwszego spotkania. Oczywiście, że odczytywałem tę muzykę błędnie, przez pryzmat swoich ówczesnych fascynacji, ustawiałem ją na niewłaściwym planie, przyjmowałem całkowicie bezkrytycznie, z wyczerpującą się ciągle młodzieńczą naiwnością, emocjonalnie, w tonie bardzo złej poezji. Nie umiałem i nie chciałem inaczej.

Ale przecież mówimy tu o zespole, który z premedytacją posługiwał się estetycznym szantażem, trochę jak Kieślowski w latach 90., kiedy muzyka Preisnera i zdjęcia Idziaka dominowały w artystycznej kreacji nad scenariuszową treścią. W misternie utkanym przepychu rodziło się Piękno pozbawione niuansów, oszałamiające piękno, któremu trochę szkoda było się nie poddać. Kolejne roczniki kandydatów na filmoznawstwo wymieniały Kieślowskiego jako ulubionego reżysera filmowego, nie potrafiwszy otrząsnąć się z estetycznego i emocjonalnego szoku, pozostając pod wpływem patetycznego magnetyzmu Podwójnego życia Weroniki i Niebieskiego.

Jakże urokliwe były linie melodyczne piosenek Slowdive, wsiąkające w kolorowe, mięciutkie, gąbczaste ściany dźwięku. Wysmakowane, głębokie brzmienie, odmienne od powykrzywianych, kwaśnych kolaży MBV, chropowatości Swervedriver, road-movie rocka z piosenek Catherine Wheel. Podczas gdy shoegaze z lat 90. potrafi w niektórych odsłonach jawić się jako muzyka wyzwalająca od jednoznaczności, unikatowy charakter Slowdive zamyka słuchacza w dokładnie opisanej, bezpiecznej przestrzeni, nieodparcie zachwycającej, a jednak zdolnej przytłoczyć ciężarem eteryczności podsycanej subtelnym gotycyzmem. Dlatego po latach zaglądam tu coraz rzadziej.

To raczej błaha, często powtarzana konstatacja, ale znamienne, że superbohaterowie zaczęli powracać, gdy ogień rozpalony w połowie poprzedniej dekady przez uczniów i naśladowców zaczął powoli dogasać. Gdy słuchałem drugiej płyty Amusement Parks On Fire, drugiej płyty Asobi Seksu, pierwszej płyty Serena-Maneesh i wielu pierwszych, drugich i kolejnych płyt zespołów, których nazw już nie pamiętam, myślałem o nich w kategoriach najbardziej szlachetnej muzyki rockowej swoich czasów. Dziś natomiast pierwsze, drugie i kolejne płyty zespołów takich jak DIIV czy Nothing wydają mi się tyleż ładne, co podstarzałe i zanadto odtwórcze. Najlepszą (umownie) shoegaze'ową płytą obecnej dekady jest m b v, a najlepszą od czasu m b v okazuje się tegoroczny album Slowdive. Po raz kolejny przeszłość bierze odwet na teraźniejszości, która zbyt asekuracyjnie ogląda się przez ramię. Nie mają jednak sensu porównania obu albumów, podobnie jak nigdy nie miało racji bytu stawianie Slowdive i My Bloody Valentine w jednym szeregu. Wspólną cechą obu self-titled jest podobny interwał czasowy, jaki dzieli je od poprzednich LP. Cała reszta, być może dobitniej niż w kiedykolwiek, podkreśla od zawsze istniejące pomiędzy najpopularniejszymi przedstawicielami nurtu różnice. Ponadczasowość zaś czuwa zdecydowanie nad Shieldsem, pozostawiając Slowdive ważną, lecz drugoplanową rolę przywracania i utrwalania wspomnień.

Ale jak ta płyta startuje! "Slomo" brzmi niczym cudownie odnaleziona siostra "Crazy For You", niesiona absolutnie bezczelną, słodką linią melodyczną, która w innej aranżacji mogłaby uświetniać melanże new-age’owców i medytacje na eurodance'owych parkietach. Nic lepszego już się tutaj nie wydarzy – słuchacz zostaje postawiony wobec tu i teraz w swojej przeszłości, we wspomnieniach lub wyobrażeniach roku 1995 czy kiedykolwiek indziej, gdy po raz pierwszy słuchał Pygmalion, w roku 2017. Nie zachodzi tu żaden paradoks, rzeczywistość nigdy nie sklejała się tak mocno. I płynie to upiornie piękne zjawisko przez siedem minut, ustawiając jednocześnie plan gry, pieczołowicie odtwarzając po raz kolejny tę samą zamkniętą, dobrze znaną przestrzeń. W momencie zbyt idealnym, by uwierzyć w jego realność, pozwala się melodii wygasnąć i przejść w napędzany motorycznym drive'em "Star Roving", bliski tym wszystkim zespołom czerpiącym w XXI wieku inspiracje ze sceny lat 90., sytuując się tym samym w pozornej, "konstruktywnej opozycji" wobec wybitnie muzealnego charakteru kolejnych utworów, jako najbardziej skoncentrowany, rockowy element płyty. Pozostałe piosenki brzmią jak hasło "Slowdive" w encyklopedii, zaginione nagrania sprzed dwudziestu lat, eksplorujące bez krytycznego komentarza estetykę Souvlaki (częściej) i Pygmalion. Dopóki są to tak dobre utwory jak rytmicznie zniuansowany "Don't Know Why" czy przypominający "Alison", zanurzony w dream-popowej euforii "Everyone Knows", płyta brzmi jak spełnienie marzeń fana (i, zapewne, koszmar hejtera). Jedynie "Go Get It" do tradycyjnego spektrum osobowości Slowdive dołącza wyraźne echa wczesnych dokonań The Verve, z narzucającą się wyobraźni gitarową solówką Nicka McCabe'a. Dziwne, ale to działa. Trzeba tylko pozwolić sobie na chwilowe suspension of disbelief, jak w przypadku wszystkich retro zjawisk, znów poddać się ciężarowi wizji, która, i to dopuszczam, nigdy nie była wybitnie oryginalna i inspirująca, ale od zawsze kusiła obietnicą uczestnictwa w misterium Piękna. Nie zachowywać bezpiecznego dystansu aż do finału, gdy wkracza do akcji minimalistyczny Hans Zimmer, którego lubię posłuchać przy oglądaniu Interstellar, ale już niekoniecznie na płycie Slowdive. Nawet na takiej, która niczym prestidigitator "zatrzymuje" upływ czasu, by iluzorycznie, na krótką chwilę, oddalić perspektywę jego ustania.

 

Piotr Gołąb    
15 maja 2017
BIEŻĄCE
Playlist Extra: 15 najlepszych utworów Jorge Elbrechta
Presentable Corpse"Don't End Up Alone"