RECENZJE

Sleigh Bells
Treats

2010, N.E.E.T. 6.1

ŁŁ: Weźmy noise i bit/ spróbujmy zrobić hit/ Tę pszczółkę zowią M.I.Ą/ lecz raczej nudniej grają/ ot i całe Treats .

RP: Po diagnozie Łukasza właściwie nie mogę mieć już wiele do dodania. Noise-pop znaczy w tym przypadku zwykle zapożyczenie struktur kompozycyjnych z Arulpragasam czy cheerleaderskich przyśpiewek dla dzielnych drużyn futbolowych i realizację tychże za pomocą zgrzytliwych, trachliwych i nieprzyjaznych słuchowi środków. To znaczy, że pop w tym miejscu to raczej przyjazność struktur właśnie, czyli w gruncie rzeczy fenomen może polegać na tym, że Sleigh Bells może być przyjazne. Wracając do okładkowego skojarzenia: jak wertykalna figura kilkunastu zgrabnych, młodych cheerleaderek, ale każda z nich z defektem – jedna z poparzeniami twarzy, inna bez trzech zębów. No i podoba mi się właściwie to założenie. Dodać urozmaicenia, jak na przykład wymiana patentu strukturalnego na punkowy w "Straight A’s" czy jakieś elementy stricte komercyjnego popu w "Run the Heart", który zresztą jest tu jednym z najsympatyczniejszych tracków. Całkiem fajna płyta jak dla mnie.

JM: Początkowo byłem sceptyczny, ot bawić się a to w Deerhoofa, a to w M.I.A. (Miję, Miyę, Mię), wielka tam rzecz. Kolejne kawałki przekonały jednak, że Sleigh Bells robią jedno i drugie jednocześnie, co uruchamia współczynnik novinki. Co więcej, koncept ulega nieznacznemu poszerzeniu wraz z upływem czasu – Go!Team się wkrada w "Rill Rill", mile oferując brudny niezal-pop. "Straight A's" zaś mógłby uchodzić za fragment nowej płyty Polisycs lub innych samurajów gitary, którym odbiło od zbyt długiego urlopu. Posłucham Treats jeszcze kilka razy w tym tygodniu, wyłapując niuanse i mszcząc się na sąsiadach za zbyt głośne oglądanie telewizji – po czym z przyjemnością sięgnę po któryś krążek Solex. TO jest bowiem dopiero dekonstruktor-zawodowiec, choć też baba za kierownicą.

JB: Zamieszanie wokół Sleigh Bells tłumaczy się raczej ideą cross-overu niż jakością kompozycji. Niesłusznie po dwakroć, bo raz: kompozycje momentami świetne; dwa – gatunkowy misz-masz nie stanowi tutaj żadnej rewolucji. Wraz z Treats otrzymujemy zestaw bardzo głośno zarejestrowanych (w sumie norma ostatnimi czasy) twee-popowych piosenek, teleportowanych raczej w świat M.I.A. i Crystal Castles niż metalcore'owych tradycji Millera (zdradzę tylko, że jedyne, czym wyróżnia się dorobek Poison The Well to blaszany dźwięk w "A Wish For Wings That Work", który do złudzenia przypomina cowbell - rok 1999). Trudno mi więc zrozumieć Marka Richardsona, który w swej ekstatycznej recenzji przywołuje Boredoms czy Pan Sonic - my tu mamy do czynienia z popem - owszem, lekko zdeformowanym, ale cholera mamy przecież XXI wiek - kogo to jeszcze dziwi. Nie dyskwalifikuje to jednak Treats, które pomimo braku wyraźnego angardowego sznytu, broni się dobrymi kompozycjami i – co symptomatyczne – im mniej w nich noise'u, tym lepsza ich jakość. Za przykład niech posłużą: "Run The Heart", czyli High Places po podwójnym espresso; sielski (twee)-pop "Rill Rill", czy nawet prosta do bólu "Rachel", która intryguje przynajmniej wokalnym podobieństwem do pewnego klasyka Ellen Alien. Kończące płytę "Treats", rodzi we mnie nawet pewne nadzieje, bo w sposób najbliższy ideałowi łączy groove hard-rockowego riffu z rozanielonym wokalem Krauss. Wszystko wskazuje więc na to, że gdyby nie konieczność demaskacji mitu, nie ponarzekałbym sobie w tym odcinku. Dziękuję Ci internecie!

Jan Błaszczak     Jędrzej Michalak     Radek Pulkowski     Łukasz Łachecki    
18 maja 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja