RECENZJE

Sleigh Bells
Reign Of Terror

2012, Mom & Pop 5.3

Na okładce Treats mogliśmy podziwiać figuralną manifestację umiejętności kilku cheerleaderek, Reign Of Terror sygnuje swój świat obrazem afirmatywnie zupełnie przeciwnym, zdjęciem zakrwawionych tenisówek. Ta do końca podtrzymywana przez zespół obietnica wyrzeczenia się twee-popowej zaśpiewności, skoków w chmury, pokolorowanego TSZRZFFFPRZRZRZ, kryje się i tutaj, mnożąc znaki zapytania co do kierunku, w jakim może pójść brzmieniowa stylistka i pojęcie dźwiękowej przestrzenności Sleigh Bells, będące w zasadzie skutkiem ubocznym wypadkowej dwóch zjawisk – wytworzenia się kanonów estetycznych punku i produkcyjnej ''wojny na głośność'' (casus zwiększania fizykalnie pojmowanej głośności dźwięku na wydawnictwach CD na przestrzeni lat). Okazuje się, że w zasadzie w nijakim: sugerujący nastrojowy shoegazing cover skrywa bowiem tylko nieco mniej rozchichotaną i bezpretensjonalną kolekcję odrzutów z debiutu; co prawda pomyślanych w nieco innej palecie dźwiękowej, ale o podobnym temperamencie i w tych samych ramach kompozycyjnych.

Skondensowaną w miarowych, piekielnie szybkich wybuchach gitarowej surowizny rytualność przerw meczów futbolu amerykańskiego zastąpiła tutaj z jednej strony nawiązująca do Raveonettes ckliwa, sceniczna romantyczność (''End Of The Line'', ''Born To Lose''), a z drugiej – toporna, tweecore’owa sieka, odsyłająca do stadionowych fascynacji takimi bandami jak AC/DC (''D.O.A.'', ''Demons''). Te emocjonalne przesunięcie, pomimo iż na papierze wygląda obiecująco, wypada jednak dość niezręcznie. Miller i Krauss zachowując sprawdzone na Treats struktury piosenek i noise'ową bombastyczność świadomie zaszli w rejony, które po prostu nie do końca czują; w kilku mniej ''spiętych'' miejscach albumu (intro do ''True Shred Guitar'') udowadniają, że w głowach im ciągle przede wszystkim skandowanie i zaskakiwanie łączeniem pozornych kontrastów (pamiętacie jeszcze porównania z M.I.Ą.?), nawet jeśli nie do końca poważne i lekko prostackie, to w pewien sposób ujmujące.

Z Reign Of Terror w pełni udało się jedno: płyta jest chyba jeszcze głośniejsza, cięższa brzmieniowo niż swoja poprzedniczka. Szkoda, że poza garstką fanatyków takiego grania nikogo to raczej nie porwie, wystarczy zauważyć, jak szybko pozbyliśmy się kłopotliwego fenomenu A Place to Bury Strangers. Swoją drogą, czy ktoś coś słyszał o jakichś nadchodzących nowych nagraniach DFA?

Jakub Wencel    
29 lutego 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie