RECENZJE
Sleater-Kinney

Sleater-Kinney
No Cities To Love

2015, Sub Pop 6.6

Na początku będzie trochę sentymentalnie, bo kto by pomyślał, że od premiery ostatniego krążka tych indierockowych heroin z amerykańskiej Olympii minęła już prawie dekada. Wydane w 2005 roku The Woods, które wraz z resztą zacnego katalogu Sleater-Kinney niedawno sobie odświeżyłem, ma się dobrze, natomiast moje ulubione, wciąż lśniące niebanalnymi rozwiązaniami harmonicznymi i rytmicznymi, One Beat oraz Dig Me Out jeszcze lepiej, więc co tu zatem jeszcze dodać? Może to, że członkinie zespołu zestarzały się z klasą, bowiem każdej z Pań zdążył już stuknąć piąty krzyżyk, a tymczasem one wyglądają tak. Warto jeszcze zaznaczyć, że każda z nich w latach 2005-2014 coś tam na boku ogarniała, a wokalistka i gitarzystka Sleater-Kinney Carrie Brownstein wraz z Mary Timony (chociażby Helium) i Rebeccą Cole (The Minders) zdążyła przed prawie czterema laty wydać całkiem niezły album jako Wild Flag. Grunt, że teraz mamy 2015 rok, a Sleater-Kinney swoim No Cities to Love rozbijają bank na Metacritic. I choć z mojej strony aż takiego szału nie ma, to i tak znaczna część materiału z ostatniego krążka Amerykanek mi imponuje i wzbudza zachwyt. Słowem - szanuję to i to bardzo!

Wyjaśnijmy sobie pewne rzeczy wprost. Sednem tej recenzji nie będzie nadmierne eksploatowanie etykiety riot grrl, często będącej jednym z wytrychów dla próbujących określić estetykę, w której obracają się Sleater-Kinney czy też występująca na tegorocznej, jubileuszowej edycji OFF Festivalu ze swoim projektem The Julie Ruin Kathleen Hanna (kiedyś frontmanka zespołów Bikini Kill oraz Le Tigre). Zresztą zgadzam się z Martą Słomką, która na łamach serwisu Screenagers.pl napisała, że riot grrl to "subiektywna opowieść o kobietach, którym kilka spraw nie spodobało się do tego stopnia, że postanowiły chwycić za instrumenty i wykrzyczeć swój sprzeciw". Nic zatem do dodania. Tymczasem ja nie zamierzam rozwijać nadmiernie tego ideologicznego wątku, ale skupię się muzyce. I wierzcie mi lub nie: lwia część materiału zawartego na No Cities to Love to galeria naprawdę odjechanych tracków, które wciąż skrzą i fruwają jak za dawnych lat, zachwycają kreatywnymi riffami i ciętą perkusyjną grą. Zacznijmy chociażby od openera "Price Tag", dowodzącego, że płytę tercetu możemy spokojnie zestawiać z takimi wydawnictwami, jak opublikowany w 2009 roku krążekFarm autorstwa Dinosaur Jr. czy wydany rok później (również po blisko dziesięcioletniej przerwie) świetny album formacji Superchunk Majesty Shredding. Zachwyca mnie podszyty nerwem a la Talking Heads i sugestywnym, punkowym skandowaniem Carrie "Fangless" (zwróćcie tutaj również uwagę na gitarowy riff - klasa!), zachwyca powerpopowy kawałek tytułowy, osławiony już całkiem pomysłowym teledyskiem, na którym cały zastęp niezalowych celebrytów (chociażby J.Mascis, St.Vincent) i filmowych znakomitości (Ellen Page, Evan Rachel Wood) śpiewa tą piosenkę. Bardzo podobają mi się rozbuchany i punkowy "No Anthems" oraz "Bury Our Friends", o którym notabene pisałem krótką piłkę jesienią ubiegłego roku, ale i napawające optymizmem, słoneczne "A New Wave". Co jest zatem nie tak? Ano fakt, że na sześciu mocarzy przypada czterech przeciętniaków, a mianowicie ociężałe i wymęczone "Fade", ładne, ale banalne dwuminutówki "Hey Darling" i "Gimme Love" i obdarzone fajnym refrenem, ale nadmiernie rozszalałe "Suface Envy".

I znów na samym końcu pojawia się wyświechtany frazes "Czy nie lepiej byłoby nagrać EP-kę?". Otóż podpisałbym się pod takim pytaniem. Szczególnie w kontekście długości albumu (są to ledwie 32 minuty) oraz wyżej wymienionych sześciu znakomitych piosenek, które umieszczone na potencjalnej EP-ce z pewnością wylądowałyby na naszej liście rocznej (nie jest to również poziom Rome Les Savy Fav, żeby nie było). Ale jedno wiem na pewno: po dziesięcioletniej przerwie Panie Brownstein, Tucker i Weiss wracają z tarczą i pokazują jednocześnie młodym gitarowym załogom, gdzie ich miejsce. Moje pytanie jest teraz następujące: któremu z legendarnych gitarowych składów starczy na tyle klasy, energii i pomysłowości, żeby zgotować nam wszystkim powrót na miarę bohaterek z amerykańskiej Olympii? The Wrens - jesteście gotowi?

Jacek Marczuk    
25 lutego 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja