RECENZJE

Sky Ferreira
Night Time, My Time

2013, Capitol 5.3

Recenzje piątkowych albumów są światu potrzebnie mniej więcej jak same piątkowe albumy, ale co mi tam, spróbujmy. Wiecie, premiery takich pozycji jak Night Time, My Time dobitne przypominają mi, jak to dobrze być już dojrzałym i w miarę poważnym człowiekiem. Wyrosłem z młodzieżowej podjarki i nie łykam jak pelikan wszystkiego, co podsuwają mi moi internetowi herosi. W przypadku Ferreiry już od mniej więcej dwóch lat wiadomo było, jaki jest główny problem i nic nie wskazywało na to, by Sky miała jednak skierować swoje działania w stronę jedynej słusznej ścieżki. O ile przy As If! (EP) mogliśmy się jeszcze łudzić, że wszystko dobrze się skończy, o tyle wszystko, co stało się potem, zmuszało do mocnego tonowania entuzjazmu. Ghost (EP) to świadectwo typowego cofania się w rozwoju i szukania patentów zupełnie po omacku. Jasne, trafiło się ślepej kurze "Everything Is Embarrassing", ale na dłuższą metę szukanie nowych kumpli w osobach Shirley Manson i Ariela Rechtshaida musiało się skończyć mniejszym lub większym rozczarowaniem.

A zaczęło się przecież całkiem nieźle. Pierwszy raz ujrzeliśmy Ferreirę w teledysku do "Pop The Glock" Uffie i gdybym miał dostać dolara za każdym razem, kiedy starałem się dorabiać ideologię do tej wczesnej "współpracy", to… miałbym już bardzo dużo dolarów. Night Time, My Time – późno bo późno – bezpowrotnie odziera to "kolabo" z jakiejkolwiek mitologii. A w temacie długo oczekiwanych premier debiutanckich albumów znacznie bliżej tej płycie do LP Scherzinger niż do Sex, Dreams & Denim Jeans. I nie chodzi tu nawet o faktyczną ocenę tego materiału (która – co widać na górze – jest mocno letnia), ale o ogólną skalę porażki w zetknięciu oczekiwań z rzeczywistością.

Nie wiem, czy jest ktoś, kto bardziej ode mnie życzył Sky pójścia tropami Uffie. Podobieństw między nimi jest aż nadto – obie są "gwiazdkami naszych czasów", które wypłynęły wskutek sprawnych działań w internecie. Hartley i Ferreira w dużej mierze dzięki autorskiemu zamysłowi i oddolnej "pracy u podstaw" przedzierały się z poziomu lokalnego do globalnego, by w końcu – po paru EP-kach – mieć możliwość pokazania światu debiutanckich albumów. W obu przypadkach mamy do czynienia z produktami, których premiery były wielokrotnie przekładane i właściwie na tej wysokości wszelkie porównania można zakończyć. Uffie udało się nagrać album, którym po prostu wyczerpała temat. Na tyle, że po kolejnym okresie milczenia zapowiedziała niedawno, że pod tym pseudonimem nic już nigdy nie nagra. To nawet zabawne, gdy czołowa imprezowiczka i liryczna terrorystka w tak młodym wieku spektakularnie odwraca się od wielu swoich wcześniejszych deklaracji, zakładając rodzinę i wycofując się z gry, ale nie czas i miejsce, by dokładnie to analizować. Debiut Sky na pewno nie będzie jej ostatnim słowem. Trzeba pamiętać, że wciąż mamy tu do czynienia w gruncie rzeczy z młodą dziewczyną, która może nagrywać od dawna, ale wciąż ma tylko 21 lat. Stąd też trudno się dziwić, że błądzi i zadawanie się z nieodpowiednimi producentami wcale nie jest tu najgorsze. Ale przygoda z heroiną to jednak coś, nad czym trudno przejść do porządku dziennego. Nie chcę tu pozować na zatroskanego starszego brata, raczej interpretuję ten fakt jako kolejne zdarzenie wpisujące się w łańcuch błędnych decyzji podejmowanych przez Ferreirę w trakcie ostatnich kilkunastu miesięcy.

Nie chodzi mi też o to, że Rechtshaid to jakiś "zły" producent. Po prostu mając w pamięci współpracę z Devem Hynesem i Gregiem Kurstinem trudno pogodzić się z tym, że to właśnie ten facet odpowiada za jakość debiutu Ferreiry. Nie jest to RedOne czy will.i.am, ale mój problem z Rechtshaidem polega na tym, że swoimi produkcjami reprezentuje on całą tę muzyczną przeciętniznę, która od kilku miesięcy nie robi na mnie absolutnie żadnego wrażenia. Nie jest to tragiczne, ale jednym uchem wpada, a drugim wypada. Definicja piątkowego grania. I z Night Time, My Time jest podobnie. Ten tanio promowany cyckami autorki materiał trudno jednoznacznie zaklasyfikować, na pewno nie jest to do końca synthpop, a echa współpracy (inspiracji?) z Shirley Manson słychać chwilami aż do bólu wyraźnie. Ferreira nagrała album autorski i "wbrew" oczywistym trendom, z tym że dla mnie nie jest to wartością samą w sobie. Okopanie się w rowie z inspiracjami punkiem i Suicide to nie jest miejsce, w którym ta dziewczyna powinna się teraz znajdować. Najlepsze momenty jej debiutu to te, w których melodie wysuwają się na pierwszy plan, jak w "24 Hours" czy "I Blame Myself". Niestety, większość tego materiału jest zdominowana przez niezbyt wyrafinowaną rockerkę, która do Sky nijak nie pasuje. I żeby nie było – nawet tu potrafi przemycać nieśmiałe hooki ("Boys", "You’re Not The One"), ale nie o taki debiut Ferreiry walczyliśmy na Porcys.

Recepcja Night Time, My Time w zachodnich (bo przecież nie polskich) mediach pokazuje, że wystarczy pójść pod prąd, żeby zbierać za to bonusowe punkty. Można się tu doszukiwać znudzenia popowych odbiorców bieżącą sytuacją w grze, ale z braku laku lepiej szukać perełek w katalogu lat minionych niż sztucznie tworzyć je z czerstwych, współczesnych półproduktów. Mimo długich miesięcy prac nad swoim albumem Sky Ferreira zawodzi – być może tylko w skali mikro, bo to wciąż całkiem znośne granie, jednak zupełnie rozmijające się z tym, na co liczyliśmy.

Kacper Bartosiak    
21 listopada 2013
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie