RECENZJE

Skepta
Konnichiwa

2016, Boy Better Know 6.9

Znane już ponad rok "It Ain't Safe", "Shutdown" i "That's Not Me" to były takie defibrylatory, które Skepta, JME i Young Lord położyli na pomarszczonej i brzydkiej piersi grime'u (lol) – absolutne killery, które, pomijając oczywiście kwestie rozwoju możliwości produkcyjnych, mogłyby wybrzmieć gdzieś w 2006 roku i których umiejętność tworzenia Skepta zatracił, zdawałoby się, bezpowrotnie. Ale jednak opóźnienia Konnichiwy i niecelne strzały rapera z ostatnich kilku lat dawały powody do obaw, że pierwszy od pięciu lat album będzie czymś pomiędzy piątym Dizzie'em, a chińską demokracją. Najwyraźniej jednak Joseph Junior Adenuga uczy się na własnych błędach i postanowił skorzystać z szansy, jaka narodziła się po jego kontaktach z Drakiem i Kanye Westem.

Nawet u szczytu kariery Skepta nie mógł liczyć na promil globalnego zainteresowania, jakiego doświadcza od miesięcy, nawet u siebie na podwórku. Drugie miejsce (za Lemonade) na sprzedażowej liście w Wielkiej Brytanii, do tego wysokie noty w Szwecji, Szwajcarii, Austrii chociażby to komercyjny sukces, obok którego przez chwilę co najwyżej stał Dizzee Rascal. I trzynaście lat po tym, jak Rascal odebrał Mercury Prize, tysiące osób być może dowiedzą się za co właściwie.

Członkowie Roll Deep chcieliby chyba być takim Tommym Lee Jonesem, że niby nagrywają underground, bo wtedy są prawdziwi, ale na takie projekty trzeba zarobić, najlepiej sformatowanym pod siłownię pseudo-disco-grime'em. To byłoby do przyjęcia, gdyby w międzyczasie nie przeobrażali się w Adamczyka, że choć wspomnę "Can You Hear Me (Ayayaya)" czy "Good Times", które brak cech charakterystycznych, nadrabiają zupełną transparentnością. Skepta kilka lat temu, teledyskiem do "All Over The House" doścignął Karolaka, więc wybaczcie wątpliwości. Te nie minęły również z otwieraczem, wprowadzonym przez nieistotne kobiece wokale i syrenę, ale sam Skepta wjechał w tę konwencję równie dobrze, jak Ad Rock wjeżdżał w rok 1998. Jest nieźle i z kilkoma kolejnymi utworami jesteśmy na wznoszącej.

To banał, ale największym atutem Konnichiwy jest kreatywne spojrzenie w przeszłość. Płyta realizuje postulaty gatunku, jednocześnie jednak produkcyjne kanty są wygładzone, a na dół podkładów, zgodnie z szeroką tendencją, wlewa się nieco łagodności. Oczywiście, chciałoby się usłyszeć jakieś drugie "Next Hype" czy "Fix Up Look Sharp", ale to strzały, które zdarzają się raz na kilka lat, a ja jestem już stary, o czym świadczy porównanie z poprzedniego akapitu, i od dziewiątkowości singli wolę siódemkowość całości z kilkoma klasycznymi momentami. Skepta też jest raczej z tych dojrzalszych i późnomłodzieńczy bunt zamienił na wczesnodojrzały wkurw na media, establishment, przemysł, czyli szerzej – na rzeczywistość. Ciąg "I boke down a few more barricades / Got me a few more accolades / Used to look forward to the weekend / Now every day's like saturday" z miejsca wjechał do mojego sekretnego sztambucha. Podobnie jak kilka linijek z "Numbers", najbardziej zaskakującego z utworów w zestawie, współprodukowanego i współwyrapowanego przez Pharrella, który na tę okoliczność przypomniał sobie, jak się robi zajebiste basy.

Ja nie wiem czy to jest sytuacja jednorazowa, czy może początek neo-grime'u, ale wiadomo, którą opcję wolę. Najbliższy ważny rozdział tej historii to nowy Wiley. Tytuł Godfather. Znaczące. Nie spierdol tego.

Filip Kekusz    
7 czerwca 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie