RECENZJE

Single Frame
Burn Radio Airtest (EP)

2003, Already Gone 3.6

Single Srame. Czasem rozczarowania są bolesne. Wyczekaliśmy z dzikim apetytem na egzemplarz Wetheads Come Running, aż w listopadzie zeszłego roku Zagroba oznajmił, że przyszło. Przepaliłem kopię. Odbiłem okładkę. Wyciąłem. I następnego dnia rano zabrałem do autobusu. Usadowiłem się i odpaliłem discmana. Zgrzytliwe jęki maszynerii zaprosiły do futurystycznego świata. Syntezatorowy motywik i rozwiązłe, hojnie napierdalające bębny poprzedzały ekscytujące call and response "Pain in my neck / Pain in my side / Pain in my neck / Ain't gonna do or die", z pasją wykrzyczane kolektywnie ponad dziecinną czterodźwiękową melodyjką. Nim złapałem oddech, kolesie już zmienili front. Teraz wokalista wymieniał ciosy z tymi bezpardonowymi jebnięciami werbla: "I always wanted to go" (tatatata) / "You never wanted to go" (tatatata). Damn! Zajebioza! Mi się w głowie zakręciło. Błogi uśmiech na twarzy i wycedziłem pod nosem: "taaa, przyszłosć punku". Jakże się myliłem.

Bo mój podstawowy problem tamtego dnia polegał na tym, że słuchałem dalej. I im dalej zagłębiałem się w odmęty albumu, tym bardziej gorzki smak odczuwałem w ustach. Zauważyłem *totalny* brak własnego oblicza formacji. Owszem, Wetheads Come Running pod kątem materiału było napakowane nośnymi hookami i off-kitową, post-punkową instrumentacją. Lecz estetyka ta stanowi bezpośredni hołd dla trzech grup: Fugazi, Modest Mouse i Les Savy Fav. Jeden wokalista ma timbre identyczny do Picciotto, a więc jak się wydrze, to normalnie "I'm sick with this / I'm sick with that". Drugi, łagodniejszy, perfekcyjnie naśladuje delikatne podjazdy śpiewne Harringtona, a w porywach wzoruje się na Brocku, co zajeżdża tandetą. Dotarło do mnie: ten zespół to "fanklub". Dla mnie to sztuczne, nieszczere i mnie to wkurwia. Ferajna małolatów podjarała się, że jest "cool", "niezal" i zna liryki Brocka, serwując grafomańskie wersy w rodzaju "you've got a picture of sweet Jesus on your floor" lub "the eagle has landed on its head", podane kiczowato i fałszywie. Żałosne.

Potem zaś, nasi mózgowcy wydali sobie EP-kę eksperymentującą, teoretycznie zdolną uwolnić chamsko zerżnięty styl od dominujących inspiracji i wydobyć oryginalne elementy na powierzchnię. Sound jest bardziej keyboardowy, aranże rozwodnione, wyeksponowano dążenie do wynalezienia indywidualnego języka. Nic z tych rzeczy. Trzy nowe opracowania numerów z Wetheads to pomyłki. Ani lekko zamydlona wersja "Been To A Party At This House" (mimo zachowania świetnego breaku "Just leave us alone"), ani elektroniczny, zwolniony miks "Eavesdropper", ani też ambientowa w wyrazie wariacja na temat "New Car" nie są potrzebne. Nużą premierowe wysilone kawałki: tytułowy i "Dry Lips Usually Crack" kontynuują zapożyczenia uskuteczniane na longplayu, a "Clipper Ship" i "Without Pens" to próby po omacku. W dodatku, poza faktem, iż siedemnastominutowy, ośmioutworowy tracklist cierpi na słabiznę, rzut ucha na 2 CKOD uprzytamnia o idealnej realizacji formuły synth-guitar-punku. "Akcja Promocyjna", ze wstępnym akordowym riffem klawiszy i późniejszymi wyładowaniami gitar, jest wirtualnie wszystkim, do czego Single Frame mogą zmierzać na obranej ścieżce. Tylko, że nigdy nie dojdą do tekstów tak wykurwistych, jak "Gramy w kiepskim filmie / W którym wszyscy giną / Piszą o nas w książkach / W których nikt nie żyje" (ABSOLUUUT!). Oto ich bolączka.

Kiedy na horyzoncie naprawdę pojawi się zjawisko na miarę Modest Mouse, dowiecie się o tym pierwsi od mnie. Śledzę ewolucję punku, to moje hobby. Single Frame są w tym drzewku marginesową odnogą, żerującą na słabości do pewnego rodzaju brzmienia i słabej znajomości niektórych bandów przez recenzentów. Jakże smutne jest obserwowanie kwitnięcia niewiedzy. Jeśli pragniecie doznać przy zespole sprawiającym wrażenie "fanklubu", idźcie po Je Suis France. Idźcie. Idźcie teraz. Czaban, pozdrawiam serdecznie, Czaban.

Borys Dejnarowicz    
4 maja 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie