RECENZJE

Single Frame
Body/End/Basement

2005, Volcom 4.7

Nie wiem jak można nie lubić Single Frame. Wyśmienite hooki serwują z częstotliwością około dwudziestu na płytę, czyli na każdą piosenkę mniej więcej po jednym. Nie wiem też jak można lubić Single Frame – synów marnotrawnych, którzy przez pustą, Mazatlanową tożsamość i ucieczkę w robienie soundtracków do filmów o eksperymentach na ludziach, rozmieniają się na drobne. Stado Harringtonów i Picciottów hasających agresywnie to w lewym, to w prawym kanale, mieliśmy już na Wetheads Come Running i w zasadzie trudno było się spodziewać, że wraz z nowym materiałem zmienią się kłopotliwe timbre wokalistów Single Frame. Trio "własnego ja" zdecydowało się poszukać inaczej, wyciągając macki w stronę złowieszczego futuryzmu. Taki "Slum Pionieer" to nic innego jak przetłumaczenie pątniczej mowy Xiu Xiu na język jeszcze bardziej klaustrofobicznego eksperymentu z połowy dwudziestego trzeciego wieku. Wybrałem skrajny przykład, ale inne wycinki płyty i wizerunek klawiszowca grającego koncerty w kolorowej kominiarce przywodzą niestrawność niezapomnianego Locust, niestety. Nastrój wywołany wypruwaniem w eterze żył niesamowicie kłóci się z chwytliwością motywów Single Frame, a wszechobecne skity głębiej zanurzają nas w kompozycyjnym chaosie (co-o choDZI wiesz nie), który post-punkowi nie służy. Cóż ci z tego, że przyjmiesz Body/End/Basement chlebem i solą, skoro album zmysły najwyżej lekko podrażni, a za to wepchnie cię w nieufność wobec własnej matki – która a nuż jest androidem?

Jędrzej Michalak    
20 września 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie