RECENZJE

Sigur Rós
Takk

2005, Geffen 5.5

Nigdy jeszcze uformowanie czterech nędznych akapitów tekstu z materii własnych odczuć, spostrzeżeń i przemyśleń na temat jednej płyty nie przysporzyło mi tyle trudu; głupio nawet mówić o ambiwalentnym odbiorze albumu, bowiem pierwszy raz po przesłuchaniu krążka nie miałem pojęcia, co o nim myśleć – ba, nie miałem pojęcia, co myśleć o czymkolwiek, czując się naprawdę podle i mizernie; przytłoczony tym, co było kiedyś, rozczarowany tym, co jest.

A wszystko przez niebywały sentyment dla czwórki Islandczyków. Tak, zaliczam się do tej grupy "miłośników niezalu", dla których Agaetis Byrjun był rodzajem pierwszego wtajemniczenia w świecie muzyki "alternatywnej"; płytą idealnie oddającą nastroje młodzieńczej emo-depresji circa wczesne liceum, bardziej soundtrackiem do życia, niż zbiorem utworów. Przyznam nawet, że również "ciut gorszy" ( ) zaliczę do grona *ulubionych* płyt; nie ze względu na jakieś mocarne hooki czy oryginalne środki ekspresji (których to, na dobrą sprawę, album nie posiadał), tylko specyficzne sigurrosowe "coś". Pisanie o "magii" płyt trąci rzecz jasna tanią grafomanią, lecz jak dla mnie wszystkie płyty Islandczyków miały właśnie to niedefiniowalne "coś"; element metafizyczny, czy też zwał jak zwał.

No właśnie – wszystkie, poza tegorocznym Takk. Dochodząc w końcu do właściwej recenzji, pierwszą istotną sprawą jest klimat albumu: przerysowany, przesłodzony, momentami groteskowo naiwny; nastrojowa przesada pozbawia materiału wspomnianego mistycyzmu i klasy. Ostre słowa, jednak niezdrowe eksponowanie własnego stylu (przekraczające chwilami granice parodii) rzuca się w oczy od pierwszego zetknięcia z krążkiem; na zmianę z uderzającą niekonsekwencją i brakiem stylistycznego konceptu: Vonowy minimalizm miesza się z Agaetisową melodyjnością, głęboki ambient "nawiasu" poprzedza post-rockową kakofonię; wszystko jednak złączone niespójnie, bez ładu i składu; dłużyzny się dłużą, a nad całością wisi brak pomysłu.

Tymczasem to, co dobre w nowej płycie Sigur Rós, to okazjonalne songwriterskie przebłyski, i tu strona podniosłych Agaetisowych nawiązań wypada bezwzględnie najlepiej. Choćby fajna melodia "Hoppipolla" budzi skojarzenia z "Flugufrelsarinn", lecz po raz pierwszy można się tu przyczepić do, lekko zmienionego na Takk, timbre głosu Birgissona (analogia do ostatniej płyty Múm – co też ci Islanczycy widzą w przesadzenie zadziornych, "kwaśnych" barwach głosu?). Ogólnie, kompozycyjna twarz materiału nie razi byciem "unfocused", jak miało to miejsce z ( ), jednak jakościowo nie ociera się nawet o kunszt Agaetis Byrjun; tak samo, jak ładunek emocjonalny, który zwyczajnie po człowieku spływa, zamiast koić, wzruszać czy zwalać z nóg.

Patryk Mrozek    
17 listopada 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie