RECENZJE

Sigur Rós
Ba Ba Ti Ki Di Do (EP)

2004, Geffen 3.5

Ba Ba Ti Ki Di Do to trzy instrumentalne wariacje powstałe z myślą o uświetnieniu Split Sides – popisów tanecznej trupy Merce Cunninghama. Nowojorski choreograf namówił do współpracy także aktualnie najlepszy zespół świata, co dodało przedsięwzięciu estymy, stanowiąc na pewno nobilitację dla Islandczyków. Zwyczajnie nie wypadało im odmówić; zresztą czy jest ktoś kto przegapiłby możliwość wspólnego nagrywania z Radiohead? Wreszcie, poza wszystkim, obie strony darzą się nieskrywaną sympatią sięgającą czasów poprzedzających wydanie epokowego Agaetis Byrjun, co chyba ostatecznie przekonuje, że Cunningham zaaranżował to wyjątkowo przebiegle.

Jakkolwiek trudno powiedzieć czy praca nad tą EP-ką była dla artystów równie intratna co atrakcyjna towarzysko, to bez specjalnych ceregieli trzeba uprzedzić wszystkich zainteresowanych, że nie warto wydawać na nią pieniędzy. Jak już powiedziałem, zebrany tu materiał jest jedynie ilustracją do pląsów smukłych baletnic i równie wysportowanych baletników. W procesie tworzenia zespół, improwizując na żywo (najpierw w Brooklyn Academy of Music, a później w Paryżu), dogrywał na różnych dziwnych instrumentach materiał, korzystając ze wcześniej przygotowanych szkiców. Nie dziwi zatem mnogość urywanych motywów, puszczanych od tyłu odgłosów stąpnięć tancerzy, osieroconych szmerów, szumów, brzdęków, skwierczenia, bzyczenia, buczenia i klikania. Nie ma natomiast śladu firmowych smyków (którymi członkowie kwartetu zwykli piłować nie tylko struny skrzypiec i wiolonczeli, ale też i najzwyklejszych gitar) oraz głosu Birgissona.

W ogóle nawiązań do, niech będzie, "codziennej" twórczości Sigur Rós jest tu jak na lekarstwo. Jedynie kończący "Di Do" ma coś w sobie z psychodelii Von, choć równie dobrze można by rzec, że jest to coś na kształt odrzutu z sesji Shalabi Effect. Jednak to właśnie ten fragment, wzbogacony niepokojącą linią pianina (trochę jak te z cudnego soundtracka do Requiem For A Dream), jest najbardziej wartościowy w zestawie. Wysamplowane, tytułowe "ba ba", "ti ki" i "di do" z początku pełnią funkcje nieartykułowanych zgłosek, by z czasem, gdy kompozycja nabierze tempa, urosnąć do rangi głównego "instrumentu", tak hałaśliwego, że po chwili aż nieprzyjemnego. Rozmija się to ze skądinąd głupawą tezą głoszącą, że muzyka musi być "przede wszystkim ładna dla ucha", ale ma klimacik, no i wreszcie dzieje się coś bardziej absorbującego słuchacza.

Może aż tak źle nie jest, bo choć przez pierwsze minuty troszkę się musimy wynudzić, to już w środkowym "Ti Ki", trochę się dzieje. Pod koniec słychać nawet analogię do jednej z technik twórczych Kierana Hebdena, wszak z gęsto utkanych i pozornie bezładnych, plumkających tekstur (w tym masa charakterystycznie brzmiących dzwonków) wyłania się na moment mający dość przystępną formę motyw. Ostatecznie nie ma się co dziwić. Ja bym chciał posłuchać "normalnych utworów", a Ba Ba Ti Ki Di Do to jedynie rozmazane pejzaże do spektaklu, którego nie widziałem i pewnie nigdy nie zobaczę.

Jacek Kinowski    
20 kwietnia 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie