RECENZJE

Sigur Rós
Agaetis Byrjun

2000, Fat Cat 9.7

Osobiste recenzje. Czy one w ogóle mają jakiś sens? Otwieranie się przed czytelnikami, odsłanianie własnych przeżyć, dzielenie się nimi z właściwie obcymi ludźmi. Zamieszczanie w tekście, który z założenia ma być tylko opisem muzyki z danej płyty, własnych przemyśleń o charakterze socjologicznym i komentarzy jawnie ukazujących stosunek autora do otaczającej go rzeczywistości. Wplatanie w suchą relację z kolejnych utworów dygresji często luźno nawiązujących do tematu. Czy to ma sens?

Czy ktoś mi uwierzy, gdy powiem, że usłyszałem płytę Agaetis Byrjun prawie rok temu, gdy niemal nikt w naszym kraju nie wiedział co to jest Sigur Rós? Ostatnie miesiące przyniosły wręcz histerię na ich punkcie, która ogarnęła polskich słuchaczy. Każdy wymienia poczciwych Islandczyków w gronie swych ulubionych wykonawców, płyta bije rekordy sprzedaży w kolejnych miastach. Wszyscy mówią o zespole tak, jakby znali go od zawsze i śledzili jego poczynania od pierwszej próby w małej piwnicy w Reykjaviku. Wypowiedzi niektórych osób świadczą o tym, że nagrywały one ten album razem z chłopakami! Nagle, jak różdżką dotknął, wszyscy wokół stali się znawcami Islandii i kultury tego kraju. Że największy odsetek samobójstw, że zimno przez cały rok, że co wieczór piją duże ilości alkoholu. Że są zamknięci w sobie i skromni. Wszyscy wkoło chodzą i powtarzają: zajebiste, zajebiste, zajebiste... Tymczasem jeszcze pół roku temu nazwa Sigur Rós dla tych samych osobników oznaczała tyle samo, co każdy inny, równie abstrakcyjnie brzmiący zbitek dwóch słów. Snobizm, po prostu. Sigur Rós jest w modzie. Trzeba być na czasie. Więc lubimy Sigur Rós. Proste.

Otóż tak się składa, że jestem być może jedną z pierwszych osób w tym pięknym kraju, dla której nazwa Sigur Rós zaczęła coś znaczyć. Kto uważnie czyta Porcys.com, ten wie, że jestem bez reszty poświęcony dokonaniom zespołu Radiohead. W okresie roku poprzedzającego wydanie albumu Kid A, Ed O'Brien regularnie zamieszczał w internecie swoje słynne pamiętniki. Relacjonowały one na bieżąco przebieg legendarnej sesji, co stanowiło niewątpliwą atrakcję dla co bardziej dociekliwych fanów. Ci, którzy owe zapiski czytali, znają genezę powstania większości utworów wypełniających Kid A i Amnesiac. Pewnego razu O'Brien opublikował na stronie ogłoszenie. Oto każdy, komu na to przyjdzie ochota, może przysłać do muzyków własne, domowe nagrania. Gitarzysta obiecał, że te propozycje, które będą najciekawsze, otrzymają wsparcie przy próbie podpisania profesjonalnego kontraktu. Jak wspomina Yorke, efektem tego były: "Pudła, pudła, pudła, pudła, pudła, pudła i jeszcze raz pudła pełne taśm. Dla Eda".

Okazuje się jednak, że i Yorke do tych pudeł zajrzał, gdyż już w kwietniu 2000, w jednym z niewielu telewizyjnych wywiadów promujących Kid A, Colin Greenwood powiedział: "Ed wymyślił tą akcję z przysyłaniem demówek i już mamy kilka typów. Jest taki zespół z Islandii, nazywa się Sigur Rós. Thom pokochał ich muzykę". Thom rzeczywiście pokochał tę muzykę i wkrótce pomógł grupie w wydaniu płyty w Wielkiej Brytanii. Zaraz potem trafiła ona do Stanów. I pod koniec roku zaczęła się panika. W 2001 panika doszła nawet do nas, gdzie przecież sukcesy odnoszą Brathanki i Fiolka. Ale, jak mówiłem, snobizm jest snobizm. Nie ty decydujesz, co jest modne; o tym decydują inni. Ty musisz się dostosować. Zanim jednak moda na Sigur Rós sięgnęła Polski, i to o wiele wcześniej, miałem sam okazję przekonać się o zawartości Agaetis Byrjun.

Nie zgadzam się na żadne "zajebiste". Tudzież "fajna płytka", czy "nieźle mieszają kolesie". Również słowo "piękne" nie wydaje się być na miejscu. Bo Agaetis Byrjun to absolut. Absolut, czyli, wedle definicji "byt istniejący niezależnie od innych, nie mający przyczyny, nieograniczony, doskonały". O tak. Lepiej bym tego nie określił. Gdy słuchać tego dzieła nocą, można dojść do wniosku, że ci czterej artyści są natchnieni, a przynajmniej byli w momencie jego powstania, przez niezrozumiałe dla nas czynniki. Trudno ogarnąć wszystko, co zawarte jest w tych siedemdziesięciu minutach. Jest to zbyt czyste, zbyt idealne. Tych czterech młodych, nieśmiałych, zagubionych panów stworzyło cud, przy którym niemal wszystkie nasze jeszcze wczoraj ukochane płyty nagle bledną. Nagle wydają się śmieszne i niepoważne. Paradoksalnie, czwórka cichych Islandczyków skompromitowała muzyczny rynek. Zupełnie niechcący. Z czystej potrzeby tworzenia.

Nie mam zamiaru wymieniać poszczególnych tytułów, opisywać ich z osobna. Bo to trochę kaleczenie Agaetis Byrjun. Dość, że słuchając albumu z wielką uwagą i cierpliwością, można odnaleźć na nim to, czego nie da nam żadna inna płyta. To jest unikatowe, oryginalne, jedyne. Jakiekolwiek porównania każdego mogą doprowadzić w ślepy zaułek i spowodować logiczną sprzeczność. Bo na przykład chciałbym wam powiedzieć, że jest to tak podniosłe i genialne, jak The Dark Side Of The Moon. Ale po chwili zastanowienia, dochodzę do wniosku, że nawet Dark Side wygląda przy Agaetis Byrjun jak zabawa w chowanego, lub w berka. Może więc dajmy sobie z tym spokój. Kończąc tę recenzję chcę tylko powiedzieć, że bardziej mi się kojarzy Agaetis Byrjun z jakimś tajemnym obrzędem religijnym, niż z płytą CD. I niech mi nikt więcej nie mówi "zajebiste!". Lepiej niech nic nie mówi.

Borys Dejnarowicz    
4 grudnia 2001
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie