RECENZJE

Sightings
Absolutes

2003, Load 5.9

Jeśli porównywać Sightings do tegorocznych wydawnictw, Absolutes stanowi pomost pomiędzy Florkiem Heckerem i Lightning Bolt. Receptą na sukces okazuje się wypruwające wnętrzności rzężenie, nie ustępujące o milimetr laptopowym anomaliom digital-noise'owym, ale w interesujący sposób uruchomione formułą hardcore'ową. A więc po raz kolejny mamy do czynienia z kolesiami znużonymi codziennością – nie kręci ich już pop, czy hollywoodzka komedia romantyczna, próbują rzeczy własnych i nietypowych. Działają przy tym w pełnym amoku, nie oglądając się za siebie, nie tworząc nic nowatorskiego, ale tak na dobrą sprawę nikogo nie podrabiając. Zamiast ścigać się z ABBĄ, zależy im raczej na wywierceniu komuś dziury w głowie, ewentualnie w zdrowych zębach. Nic to, istnieją większe zboczenia. Na Pro Sieben widziałem kiedyś program opowiadający o ludziach odnajdujących cielesną więź z brzozami (wolałbym nie wdawać się w szczegóły), a na studiach obcuję z gostkiem śpiewającym: "jestem haploidalny". Grunt, że miłość do wiertarki jawi się jako przypadłość całkiem niegroźna przy jakiejś pojebanej drzewofilii!

Słyszałem już w życiu trochę noise'u, nawet bardzo dużo. Sąsiedzi demontowali kiedyś mieszkanie przez pół roku, zrywali podłogi, drapali, skrobali i generalnie robili sporo zamieszania. Na osiedlu nie pamiętam dnia bez dźwigów i łomów, to mnie dobija. Chropowate, skrzeczące, świdrujące odgłosy uznaję za siłę destrukcyjną, zakłócającą normalne funkcjonowanie, rozpraszającą, burzącą spokój ducha. Lubię za to delikatny pomruk urbanizacji, naturalny głos miasta, zlewający się w jedną masę odgłos silników samochodowych, szum tłumów przechadzających się po ulicach. Czuję się wtedy ukojony, albo przeciwnie, w centrum cywilizacji, "I'm the king of the world", jak Leonardo DiCaprio na rufie statku w Titanicu.

Chciałem przez to zaznaczyć, że nie porozumiałbym się w tej kwestii z ekipą Sightings, zdecydowanie preferującą klimaty maszyneryjne. Absolutes to portret typowo industrialny, przekazujący atmosferę ciężkich, źle naoliwionych urządzeń. Nazwę utworu "Anna Mae Wong" można zmienić na "Wadliwa Spawarka Przemysłowa" albo "Tak, To Właśnie Mój Młot Udarowy". A nie ma się co oszukiwać, że ciemna masa nieskoordynowanego hałasu od dawna nie może być nazywana eksperymentem i nie intryguje specjalnie. Więc po cholerę poprzestawać na tym: kilka przesterowanych gitar drapiących człowieka po wewnętrznej stronie głowy intryguje i może stanowić zalążek czegoś niezwykłego, ale jeszcze za wcześnie na lizanie się po fiutach. Te powolne eksplozje kompozycyjnie nadają się co najwyżej do wypędzania termitów z mieszkania.

Ciężkostrawnych aformalnych industrialnych impresji pojawia się jak na moje ucho za dużo, zdecydowanie bardziej trafia do mnie piosenkowe oblicze płyty. Zepsuty hardcore "White Keys", polegający na dysonansach, niezrozumiałych wrzaskach i maniakalnym napierdalaniu na pełnych przesterach, należy do najsilniejszych punktów płyty. Najbardziej przyswajalny "Bishops" to noise'owe Clinic z Walking With Thee, a "Reduction" kojarzy się z refleksją nad jakimś niekomercyjnym, skomplikowanym wynalazkiem Jamesa Watta i, o dziwo, nie zamienia się jak "Anna Mae Wrong" w bezładną i bezsensowną soniczną eksplorację. Gdyby za remiksowanie zabrał się jakiś wytrawny house'owiec, mógłby zrobić z tego lotny, klubowy kawałek. Z kolei o braku kumacji mogę mówić przy "Canadian Money", próbującym wprowadzić hipnozę w rytmicznie inteligentny, nie nużący sposób. Na chęciach się kończy, bo przekwaszone i zapętlone zgrzyty, trzepot i szumy są po prostu too fucking awangardowe. Rozkładam ręcę, nie czuję czaczy, nie wiem o co chodzi. W "Right Side Of The Hall" jedynym elementem wprowadzającym odrobinę ładu jest riff basowy, reszta to efekciarska, skrzekliwa młócka. I znowu może jestem niedzisiejszy, ale ja tu czegoś nie rozumiem.

Problem z Absolutes, podobnie jak z wieloma tego typu noise'owymi podróżami w nieznane, polega na tym, że zbyt często przypomina to wyprawę bez przewodnika, błądzenie po omacku. Dla niektórych wycieczek do nikąd nie jestem po prostu w stanie znaleźć zrozumienia (a o co chodzi? o zrozumienie) i nie odnoszę wrażenia, że wynika to ze zbyt daleko posuniętej postawy introspektywnej Sightings, a raczej zwykłego artystycznego bełkotu. Najlepiej wychodzą im utwory o wyrazistym (hardcore'owym) szkielecie. Poeksperymentować można sobie w domu.

Michał Zagroba    
15 lipca 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie