RECENZJE
Sicko Mobb

Sicko Mobb
Super Saiyan Vol. 2

2015, self-released 7.2

Na wstępie wypada napisać kilka słów o zjawisku, które, choć pojawiło się całkiem niedawno (gdzieś w 2013 roku z "pop rapu" wykiełkowała jego obecna forma), to już zdołało zaznaczyć się dość mocno w pewnych kręgach. Oczywiście bop, bo o to niego chodzi, to wciąż niszowa sprawa, znana w zasadzie tylko garstce śledzącej nowinki i dziwactwa współczesnej hip-hopowej sceny w Stanach (zwłaszcza w Chicago, gdzie ponoć "wszystko się zaczęło") czy buszującej po przepastnych mixtape'owych archiwach w sieci. Ale na czym ów bop się zasadza? Nie wdając się w szczegóły: to napędzany mięciutkimi, melodyjnymi nawijkami, otoczonymi autotune'ową powłoką i całą gwardią synthowych motywików rap, w którym najważniejsza jest zabawa i relaks.

Ciężko wybrać jedną rzecz, od której to się wzięło, ale można wskazać kilka prawdopodobnych. Na pewno komercyjny hip-hop ze Snoopem i "Sensual Seduction" to dobry trop, bop sporo zawdzięcza też The-Dreamowi i albumowi 808s & Heartbreaks, a rykoszetem również i Drake'owi. Ale tu można się zastanawiać i polemizować. Ważne jest jednak to, że z pomocą zasobów niedalekiej przeszłości na scenę wkroczyło kilku aktywnie działających bopowych zawodników i zawodniczek, z których chyba najciekawszymi są King Deazel ("Franklin"), Yemi Marie ("Love Bop") i Sicko Mobb. I właśnie ci ostatni są jak dotąd najbardziej rozpoznawalnym punktem bopowej mapy.

Większość wykonawców tej sceny można znaleźć na kompilacjach We Invented The Bop, ale bracia Lil Trav i Lil Ceno trzaskają też własne mixtape'y. I to zapoczątkowana w poprzednim roku seria Super Saiyan (Dragon Ball, anyone?) pokazuje, jak bardzo POPIERDOLONĄ czy CHORĄ muzyką jest bop. Sicko Mobb nie tylko nawijają w taki sposób, że wokal właściwie trzeba traktować jak kolejny instrument generujący melodię, nie tylko tworzą wszystkie niemal kawałki tak, jakby to były single, ale jeszcze imponują śmiałymi producenckimi zabiegami, momentami ocierając się nawet o eksperymentalną elektronikę, footwork, repetycję czy chiptune. To wszystko sprawia, że ich mieszanka jest nie tylko niesamowicie świeża, ale i absurdalnie przebojowa, bo takie numery natychmiast wkręcają się do głowy, czy się tego chce, czy nie.

Podobnie jak część pierwsza, Super Saiyan Vol. 2 oferuje cały wachlarz mocarnych hajlajtów. Gdyby nieco skrócić materiał i wyselekcjonować największe sztosy, to byłoby jeszcze lepiej, niemniej całości słucha się z przyjemnością od początku do końca. A jest czego słuchać, bo 23 tracki (no ok, jest parę skitów, ale mimo wszystko) to niemało. Ale przejdźmy do wspomnianych hajlajtów. Na początek leci "Drugs In Me" i wszystko jasne: to właściwie może być hymn bopu, bo wszystko się zgadza – chill, przesłodzone do granic autotune'owe zaśpiewy, wyluzowany rap, pływające klawiszowe wzorki, impreza i zioło. Czego chcieć więcej? Można iść dalej i posłuchać "Own Lane", który, choć stworzony do ripitu, nie łapie się do czołówki najlepszych numerów, bo tak zajebiste gówno wyszło typom. Dlatego muszę zawęzić wyliczankę moich personal fav, bo inaczej nie da rady. Stawiam na najlepszy w zestawie "Major League", w którym chiptune'owe wstążki krążą nad rapującymi ziomami, a wszystko odbywa się na jakimś wpadającym w chillwave (?) podkładzie, co jakiś czas przełamywanym sensacyjnymi cięciami tkanki. A jak się wsłuchać, to uda się znaleźć ducha "Ateeen" – bez ścieeeemy, bez ścieeeemy".

W moim topie uplasował się też "80's", który, choć nie rozgniata produkcją jak "Major League", to jednak jest tak beztroski, lekki i lotny, że czuję bezradność. Do kompletu dorzucam jeszcze rozpierdalający porywającą nawijką "Rolling Stone". Oczywiście pozostałe, w tym "Kool Aid", "Trending Topic" czy "On Fire", to też mistrzowskie granie (może tylko "Orange Flat" lubię mniej od reszty), więc nie ma co się zastanawiać, tylko trzeba słuchać drugiego Super Saiyana. Bo po pierwsze, to obecnie synonim nowoczesności w popie, a po drugie, to najbardziej pojebana impreza tego roku.

Tomasz Skowyra    
23 kwietnia 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja