RECENZJE

Sia
We Are Born

2010, Monkey Puzzle 6.3

JM: Ms Furler funkcjonuje na rynku już od dekady, współpracowała z Zero 7 i takie takie – ale jej największy sukces to użycie "Breathe Me" jako podkładu do ostatniej sceny Six Feet Under. Swoją drogą próbowałem wrócić sobie ostatnio do tego numeru, ale musiałem wyłączyć – jednak profanacja tak bez obrazu. Jeśli chodzi o We Are Born to krążek ten usiłuje wskrzesić do życia gitarę, gatunek którego kilku ostatnich przedstawicieli ponoć uchowało się jeszcze na najdzikszych obszarach Borneo. Wycinka lasów jednak robi swoje, i próba się raczej nie powiedzie – to już nie te czasy, gdy po telewizji śmigał klip z czterema Alanis Morisette w samochodzie. Nie mówię, że killery się tu nie zdarzają – a owszem, weźmy efektownie rozplanowany opener czy też "You've Changed" (o którym pisaliśmy) z super chórkami. Te dwa highlighty kojarzą się z Milky – when obscur meets hook, it cannot go wrong. Reszta krążka niestety nie dorasta do tego skojarzenia.

KB: Załamał mi się ostatnio system motywacyjny i mam wrażenie, że przesłanie albumu Sia brzmi "A miej to w dupie". Bo może i jest mi głupio, ale ta płyta jakoś niebezpiecznie afirmuje życie i nie sprzyja czytaniu o barokowych malarzach flamandzkich. We Are Born wtłacza mi do głowy myślenie wakacyjne, które tkwi we mnie zawsze, ale przyduszone na moment, z potrójną siłą dochodzi do głosu. Słyszalny wkład Grega Kurstina przypomina o drugiej płycie Lily, ale całość wypada nieco inaczej – więcej tu beztroski i słońca, za to mniej cynizmu i roztrząsania problemów społecznych. Mam wrażenie, że to album mocno egocentryczny, z umiłowaniem skupiający się na swoich emocjach i ulotnych wrażeniach, z radością przyjmując ich istnienie. Wszystko sprawia wrażenie ulotności i lekkiego szoku dopaminowego i mimo tego, że teoretycznie wcale nie ma tutaj ogromnej ilości hooków, które można by powtarzać w głowie, to łatwo tym piosenkom wpływać na moje samopoczucie. To trochę tak, jak teen-pop urzeka mnie bezpośrednim i naiwnym wyrażaniem uczuć, ujętych w bezpretensjonalną, nieskomplikowaną melodię i produkcję (country teen-pop jako moje wyjątkowe zboczenie, doprowadzający te założenia do skrajnego poziomu), a stary indie rock chwyta równie bezpretensjonalną wyjebką. Zawsze sobie wyobrażałem, że Alanis i Avril łączą te wrażliwości, ale obie dziewczyny miały nieprzyzwoitą skłonność do grunge'u i muzycznych niedostatków. Sia za to skręca przede wszystkim w stronę popowej wrażliwości, na koniec ślicznie zaakcentowanej własną, lepszą od oryginału wersją "Oh Father" i dzięki temu bardzo mocno plusuje. Niezależnie od tego, co będę myślał o tej płycie za dwa miesiące, w tym momencie jestem idealnym, zachwyconym targetem. Pop music is my soul music.

ŁK: O jejku jejku, kobiecy rock z list przebojów lat 90. powraca! Jeśli od dawna wyczekiwaliście revivalu Alanis albo przebojów w rodzaju "Crush" Jennifer Paige, to na We Are Born są momenty, które zatrzęsą waszym zamrożonym w czasie światem. Natomiast zestawienie tych utworów z tanecznymi piosenkami – "You've Changed" banguje jak Basement Jaxx – kompletnie nowoczesnym popem i nieskazitelną produkcją czyni ten album jednym z najdziwniejszych jakie od dawna słyszałem. Pechem jest jednak to, że waha się też jakość materiału – album zaczyna się od bardzo mocnych potencjalnych singli, ale w głębi skrywa coraz mniej perełek i zupełne fiasko gustownej ballady dla grubych dziadów w sklepach, "I'm In Here".

KFB: Nie sądziłem, że dożyję czasów, w których będziemy poświęcać uwagę takim postaciom jak Sia. Ja pannę Furler pamiętam z czasów, kiedy nagrywała niesamowite smęty, ale robiła to z klasą – do dziś uważam Colour The Small One za naprawdę mocny krążek z kilkoma highlightami, do których wciąż chce się wracać. "Breathe Me" to absolutnie jedno ze szczytowych dokonań smęciarskiego songwritingu minionej dekady i jak dla mnie ten kawałek broni się nawet bez tła filmowego, chociaż mało co w życiu zrobiło na mnie takie wrażenie jak końcówka Six Feet Under okraszona tym właśnie utworem. Ale dość pan, kiedy to było, wróćmy do teraźniejszości. Odkąd pieczę nad dokonaniami Furler zaczął sprawować jeden z naszych producenckich ulubieńców – Greg Kurstin – sprawa zaczęła pachnieć ciekawiej i intrygować coraz mocniej. Smakowity zwiastun w postaci "You've Changed", szalenie chwytliwej popowej perły, jeszcze dodawał wszystkiemu kolorów, ale longplay trochę nie wytrzymuje tego tempa. Zdarzają się żwawsze motywy, motywiki, ale zbyt często do głosu dochodzi smęciarska natura Sii – tych balladek mogłoby tu być jednak trochę mniej, bo ciężko powstrzymać ziewanie. Inna sprawa wiąże się w szerszym aspekcie z jej wokalem, który momentami robi komiczne wręcz wrażenie – raz Furler jakby imituje Shakirę, innym razem bliżej jej do Celine Dion i ciężko w tych momentach zachwycać się tym całym "pierwiastkiem autorskim". Tym niemniej końcowe wnioski, do których zmierzam, są jak najbardziej pozytywne – dawno nie słyszałem tak intrygującej około-popowej płyty. O dwa słoiki dżemu truskawkowego lepsze od nowej Aguilery.

Jędrzej Michalak     Kamil Babacz     Łukasz Konatowicz     Kacper Bartosiak    
23 czerwca 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy