RECENZJE

Shining
In The Kingdom Of Kitsch You Will Be A Monster

2005, Rune Grammofon 6.9

Główny powód, dla którego podczas mojej krótkiej znajomości z Rune Grammofon zdążyłem już polubić i zaufać temu mistrzowskiemu norweskiemu labelowi to szczerze eksperymentalny duch wydawnictw sygnowanych tą nazwą. Nie jakieś tam pozerstwo i udawanie, odgrzebywanie estetyki bezproduktywnej improwizacji nagrań plenerowych czy podobnego dziadostwa, ale prawdziwe szperanie w zakamarkach nieodkrytych. I nawet jeśli materiał zawiedzie oczekiwania, zawsze proszę spodziewać się niespodziewanego.

Shining to kolejna załoga wpisująca się w skandynawskie antykonserwatywne dążenia, choć rozległej palety stylów i puszczy dźwięków-dziwolągów nie zapowiada jeszcze mroczne natarcie undergroundowego, prog-rockowego poematu "Goretex Weather Report". Bardzo crimsonowe, ten modulowany nerwowy motyw i roztaczające się wokół niego orientalnie świszczące scape'y, coś jak duszny blend Lark's, Red i Discipline w ponurej osnowie. To zaledwie wprowadzenie, a protesty działaczy LPRu sprowokuje dopiero apetyczna miniaturka "REDRUM". Aylerowskie saksofonowe drgawki inicjują ekscentryczne pląsy, brzmiące jednocześnie bardzo swobodnie i "tight", jakby free-jazzowcy zabrali się za granie funkowe oraz ilustrację tanecznego paroksyzmu. Noisowe skłonności Shining sygnalizują z kolei demoniczne kolaże "Perdurabo", rozwiewające kominkowy klimacik i wieczorną atmosferę, roztoczoną wcześniej przez ciepłe solówki klarnetu i wykwintny kontrabas.

"Aleister Explains Everything" to najbardziej pochłaniający kawałek – zwariowany i zarazem utrzymujący wewnętrzną dyscyplinę odjazd, z improwizacyjnymi wstawkami osnutymi wokół diabelskiego tematu dętych. Dzieło schizofreniczne, ale kreatywne i zajmujące. Podobnie "The Smoking Dog", surrealistyczny zupełnie obrazek złożony z zimnego, przygnębiającego thrillu organów kościelnych, motywów syntezatora przedstawionych w procesie wykluwania, onomatopei, wyjętych z kontekstu casiopodobnych brzęków ukrywających ładne trąbkowe odniesienie do Colemana chyba. Przeciągłe trąbienie "Magazine RWRK" kreśli pejzaż bitewny, a na zakończenie tej esencji epickiego krajobrazu otrzymujemy wytchnienie w postaci evansowskiej w wyrazie, subtelnej fortepianowej kompozycji. Przyczepić się można tylko do fragmentów ściśle impresyjnych, organowych drone'ów "31=300=20" oraz w sumie dość bogatego "You Can Try The Best You Can". Rozmywa się trochę ten closer z klawiszami pogrywającymi w tle z jakąś latynoską melancholią, posępnymi smykami, które są niby "avant", ale takie niemrawe, sekcją rozkojarzoną. Ostatecznie postarali się o zwieńczenie na noisową nutę, chcąc pokazać, że nie wymiękają i nawet niezłych momentów dostarcza ten finał – lśniące połacie dźwięku wynurzają się w pewnym momencie zza sonicznych oparów, rozprowadzane psychodelicznie, z daleką nutką sentymentu, ładnie.

Reasumując, In The Kingdom Of Kitsch to cross-gatunkowa podróż w nieznane pod patronatem Lucyfera, a więc raczej ciężka i raczej mało pogodna wyprawa. Ułożone obok siebie ścinki zarówno sennie tlących się, delikatnych milesowych (z końca 50-tych) widoczków, jak dark-ambientowych opowiastek oraz łączących "songwriting" z feelingiem "free" gęstych i polirytmicznych szaleństw składają się na album tyleż intrygujący, co niewdzięczny i niewesoły w odbiorze (to się poniekąd wyklucza, a jednak). Trudno powiedzieć, czy te "szatany" same wiedzą, gdzie zmierzają, ale efekt wciąga.

Michał Zagroba    
11 maja 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie