RECENZJE

Sharon Jones & The Dap-Kings
I Learned the Hard Way

2010, Daptone 6.8

MHJ: Jak kudeł psiego ogona utrzymuje się przez cały czas uczucie, że to nagrania nie z dziś, a jakby puszczone w obieg przez Stax, hen wstecz. Sharon, będąca tu jowialnym hersztem opasłego zespołu, prezentuje się wokalnie jako mniej mazgajowata wersja Wendy Rene, sypiąca udanymi tekstami, głównie o miłości. W obszarze zainteresowań żadne łkania, histerie (chyba jeszcze częściej u Bessie Banks), nawet jak tekst zdradza, że ciężko, to lekko. Mocnymi pinezkami trzyma ogólna krewkość, żywe instrumenty, ciągle coś dopowiadające, jedno z drugim, nikła chrypa Sharon, śledzące każde twoje poczynanie chórki. Panuje towarzyski klimat wytartych siedzeń, któremu bez namysłu się ulega. Same utwory, jakby nie było, poróżnicowane. Za sprawą pumpowej skoczności najmocniej wyłuskuje się "Mama Don' t Like My Man", z małym, bluesowym drygiem i delegacją w stronę Sama Cooke'a. "Window Shopping" pierwszą lepszą wsuwką otwiera drzwi do mojego serca. Łapię się na ckliwe smyki i poważne trumpety, i na pomysł hymnu o zazdrości. W "I Still Be True" już uliczny funk, "Without A Heart" najbardziej big-bandowe, wesolutkie, szpotawy pies chętnie by zawitał. I "Better Things" z najbardziej chwytliwymi frazami tego piosenkowego zestawienia, na wierzchu motywy trąbkowe, które albo układają się w równiutkie, orkiestralne ryzy, albo robią, jak sobie same zagrają. "Szybkie" "Money" ugrywa żetonów dobrze tonowaną butą. Koleżeńska płyta.

RG: Przeraża mnie jak w takich sytuacjach wychodzi fakt, że choćbym nie wiem jak się starał to nie ucieknę od samych początków mojego słuchania muzyki. Minął mi już neoficki soulowy zachwyt, już się nie jaram tak kosmicznie każdą akcją przeprowadzonej w tej stylistyce, poznałem trochę teraz i kiedyś (ale nie tak jak Krzysiu, cholera) i zamiast zachwycać się retro brzmieniem I Learned the Hard Way to mnie teraz wzrusza mocarnie Superchunk. Na tej płycie dzieje się mnóstwo fajnych spraw, zaczynając od cudownego "Mama Don't Like My Man" i "Better Things", wszystko spełnia definicję jaką sobie wyrobić w głowie pod hasłem "soul" i sprawia dużo przyjemności. Punkty ucinają tylko te moje pieprzone początki, bo w momencie, kiedy Majesty Shredding i I Learned the Hard Way są płytami nie z tego świata, to mnie bardziej porusza ten rejon, który dłużej mi towarzyszył w czasie. Może za parę lat wrócę i wzruszę?

KM: Mi tam album Sharon Jones z Dap-Kingsami sprawia dużo radości i marudzić nie zamierzam. Może to dlatego, że nigdy specjalnie nie doznawałem przy Superchunk? Oczywiście, nie zamierzam też wygłaszać sądów o dziejowości I Learned The Hard Way. W ogóle, jeśli jest coś, co zespoły tak oldschoolowe (nie retro, a właśnie oldschoolowe) mogą "wnieść" do współczesnej muzyki, to tylko czysta radość. Żadnego nowatorstwa, żadnego kombinowania, mieszania, eksperymentowania, ulepszania. Zabawa w strojach z epoki. W tym wypadku - epoki wspaniałej, barwnej i wzruszającej. Obok Jamesa Browna i rhythm & bluesowych, staxowych odniesień można wysłyszeć tu także hołd dla Motown (utwór tytułowy, "Window Shopping"), filadelfijskich aranżacji (opener) czy czegoś, co Brytyjczycy zwali Northern soulem ("She Ain't No Child No More"). Wszystko pełna profeska, ale chociaż nie sposób wzgardzić eleganckimi harmoniami The Dap-Kings i emocjonalnym głosem Sharon Jones, z całego zestawu ich wcieleń największą uciechę sprawiają mi właśnie te upbeatowe, natychmiast porywające do tańca. Amy Winehouse tak nie potrafi.

PM: Pomysł na dwa tysiące jedenasty, czyli beyond vintage: nagrania, które brzmią jak reedycje. Naprawdę trudno mi było uwierzyć w chwili pierwszej, że materiał Bosco Manna i kilku innych panów w większości nagrany został w erze po-MJ'owej; nie ma tu mowy nawet o kropli uwspółcześnionego brzmienia. Pozostaje tylko pytanie: który ze wspomnianych songwriterów jest biały? Pod względem nutek i midików bowiem I Learned the Hard Way to album bardziej 2000s-popowy niż stricte R&B; pokuszę się o stwierdzenie, że elementem zdradzającym zaskakującą datę wydania jest właśnie pewna zwartość kompozycji, nie-czarne zamiłowanie do repetycji i skakanie po skalach, któremu momentami bliżej do Hall & Oates niż The Flirtations (spójrzmy choćby na kształt kawałka tytułowego, albo "Better Things to Do"). Sharon Jones i The Dap Kings robią z soulem to, co Dungen z psycho-progiem, i za to należy się co najmniej wysoka siódemka.


Krzysztof Michalak     Magda Janicka     Patryk Mrozek     Ryszard Gawroński    
11 grudnia 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja