RECENZJE
Shamir

Shamir
Ratchet

2015, XL 6.2

Nie mam absolutnie żadnego pomysłu na wstęp do tej recenzji. Fajnie byłoby wpisać bohatera tego tekstu w jakiś kontekst. A to coś o zdobywaniu popularności przez Internet, a to o jego młodym wieku czy specyficznym image'u. Może popłynąć gdzieś dalej i dodać coś o pędzie cywilizacyjnym lub niemożności oderwania się od historii i kontekstu. Tylko naprawdę nie wiem, komu chciałoby się czytać moje płytkie rozkminki na te tematy, dodatkowo absolutnie niefunkcjonalne wobec omawianej tu muzyki, bo ta, całe szczęście, nie rości sobie żadnych pretensji, pozostając w radosnej strefie rozrywki.

Rachet jest dokładnie taką płytą, jakiej można było się spodziewać. Choć zeszłoroczne Northtown pokazywało kilka różnych twarzy Shamira, to już po parkietowym wymiataczu w postaci "On The Regular" można było założyć, że właśnie w takim kierunku pójdzie pełnoprawny longplay. Tamten kawałek też zrodził realne nadzieje wobec tej płyty, bo o ile EP-ka była sympatycznym i dość obiecującym zbiorem pięciu kawałków, to brakowało jej jakiegoś konkretu, kopa, "tego czegoś" (okropne pojęcie, brrr), co posiadał pierwszy singiel. Kolejny, "Call It Off", nie kosił już tak mocno jak poprzednik, ale oferował mocny, chociaż lekko namolny, hook i utrzymał mnie w przekonaniu, że debiut kolesia będzie czymś naprawdę dobrym. Ostatnia zapowiedź w postaci ckliwej, podniosłej balladki "Darker" pokazywała inną stronę Shamira, ale nie nieznaną wcześniej ("I'll Never Be Able To Love"). Wyraźnie najsłabszy z singli pomimo uderzania w nielubiane przeze mnie tony jakoś jednak się bronił i wcale taki zły nie był.

Ostatecznie na krążku znalazło się 10 utworów na przyjaznym dla człowieka dystansie 38 minut."Darker" pozostaje największym smętem w zestawie, druga wolniejsza forma – "Demon" – pomimo laidbackowego charakteru jest jednak znacznie żywsza, a przy okazji znacznie ciekawsza. Cała reszta nie ukrywa swoich tanecznych ambicji i od otwierającego, topornego, ociężałego wałka, aż po ostatni pocisk, jakim jest "Head In The Clouds", Shamir Bailey stosuje cały szereg sztuczek, aby wepchnąć słuchacza na dancefloor, choćby ten wyimaginowany. Z jednej strony kawałki te posiadają niezaprzeczalnie cool groove, ale nie jest on do końca smooth – biciki są bardzo kanciaste, kwadratowe, co nie jest bynajmniej przywarą. Produkcja przywodzi na myśl rozwiązania indie-dance'owych rzeczy sprzed dziesięciu lat. Mimo tego nie odczuwa się specjalnie jakiegoś skostnienia czy nieświeżości, bo słucha się tego bardzo dobrze, a materiał jest w miarę równy (poza odstającymi pierwszym i dziewiątym numerem). Irytować może niektórych charakterystyczny, lekko dziewczęcy głos Shamira, ale ja do tej grupy nie należę. W ogólnym rozrachunku uznałbym Rachet za bardzo fajną płytkę, która mnie nie rozczarowała, lecz skłamałbym, mówiąc, że nie liczyłem jednak na trochę więcej. Co do przyszłości (muzycznej) chłopaka nie mam oczekiwań, choć z pewnością sprawdzę, co jeszcze nam kolega zaoferuje. A nuż następnym razem rozjebie konkretniej.

Antoni Barszczak    
30 czerwca 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie