RECENZJE

Shabazz Palaces
Lese Majesty

2014, Sub Pop 6.7

Sprzęganie osobistych przekonań oscylujących wokół życia muzyków "po godzinach" z ich dorobkiem artystycznym kontekstowo wpisuje się, moim zdaniem, w tani dyletantyzm, często też w wątpliwie refleksyjny krytycyzm wynikający najpewniej z niewiedzy zainteresowanych. Tak sobie utrwaliłem i nara, nie próbuj ruszać mojego kamienia, hehs. A już całkiem serio – sam na co dzień jedno i drugie staram się po prostu rozpatrywać w kategorii dwóch odrębnych, pozbawionych choćby zarodkowych cech wspólnych zjawisk, które w bezpośredniej konfrontacji są w stanie sukcesywnie funkcjonować bez wzajemnej korelacji i, co najistotniejsze, nie traci na tym układzie żadna z uczestniczących stron. Sądzę też, że nie nadużywam uczciwości takiego podejścia nawet o pół cala, bo mimo wszystko muzyka jest priorytetem, cała reszta pozamerytorycznym dopełnieniem.

Casus Shabazzów jest skądinąd symptomatyczny, mało przypadkowy i wytycza on nie tylko kierunki rozumienia ich twórczości podszyte sporą dywersyfikacją, ale przy okazji pozwala poszerzyć ciągłość recepcji pewnych wrażeń stricte MUZYCZNYCH. Żeby nie być gołosłownym, ustawmy promienie rentgenowskie na badaną sylwetkę – jest sobie jeden czarnoskóry facet po trzydziestce, godność jego to Ishmael Butler, dla niektórych znany prawdopodobnie ze współtworzenia legendarnego Digable Planets. No i jest drugi czarnoskóry facet po trzydziestce, może odrobinę mniej popularny i odrobinę bardziej nudny światopoglądowo, acz również bardzo utalentowany – Tendai Maraire. Oczywiście mało w tym zmyślności, czyste fakty.

Do czego zmierzam – patrząc na tak drętwy wstęp, szybko można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z przeciętnym zespołem rapowym, wręcz klasycznym duetem nieprowokującym większych kontrowersji. Szkopuł tkwi jednak w tym, że i ten przypadek nie chroni nas przed możliwością nabrania się na szczwaną sztuczkę, w której zgrabnie uwydatniona została uniwersalność gry pozorów, bo realia cechują się, co zaraz spróbuję wykazać, kompletnie innym charakterem.

Ishmael to mega ekscentryczny typ, ziomek wyjęty z całkowicie innej parafii, indywiduum szlifujące swoją oryginalną fazę, krystaliczny freak erygujący ze ścieżek rozmaitych osobliwości równoległy świat, do którego tylko okazjonalnie pozwala wejść innym. Sesja z dwoma wężami na łańcuchu obok budki telefonicznej? Żaden problem, sprawdźcie zdjęcie przewodnie recenzowanego na łamach Porcysa "#CAKE". Szaleńcze performensy z wykorzystaniem masek i innych fajnych atrybutów? To też jest przewidziane w programie, zapraszam na przeczesywanie koncertowych bibliotek Youtube. Wizerunek Ishmaela znajduje wzorowe pokrycie z muzyką zawartą na Lese Majesty – tak jak on jest intrygująca na swój uroczy sposób i analogicznie sytuuje ten kolektyw w obszarze rzeczy praaaawdziwie pojebanych. Niekonwencjonalność takiej natury jest zresztą chlebem powszednim dla sporej części reprezentantów Seattle – dość powiedzieć, że w tamtych okolicach rezydują chłopaki z Dark Time Sunshine czy raperzy pokroju Sadistika lub Nacho Picasso, czyli krótko – osobowości zgoła nietuzinkowe.

Ale zaraz, chwila moment, zdecydowanie czegoś mi tu jeszcze brakuje. Jest dziesięć lat po premierze Madvillainy, ludzkość miała już okazję słyszeć album o szalonym ginekologu przemierzającym galaktykę w poszukiwaniu nowych ofiar. Do żadnych przełomów nie należy też koncept traktujący o życiu w futurystycznym, przeniesionym o 1016 lat świecie. Ponadto koniecznością jest odpuszczenie sobie rozwikłań na temat noise'u, bo Dälek jako jeden z pierwszych rozprzestrzeniał na szeroką skalę zabawę tym przedmiotem sztuki już dawno temu. O absorbowaniu uwagi słuchacza komiksowymi inklinacjami nie będę wspominał, wiadomo czemu – na tym polu nawet na dzień dzisiejszy niepodzielnie rządzi alterego FlyLo. Początkowa konkluzja była taka, że człowiek w kwestii hip-hopowej inwencji zdaje się znajdować już u schyłku swoich możliwości. O wszystkim zostało już celnie powiedziane, każdy sub-gatunek został doszczętnie wyeksploatowany, generalnie wszystkie znaki na Niebie i Ziemi starają się dać do zrozumienia, że nic nie jest w stanie zaskoczyć nas swoim nowatorstwem, autorską odkrywczością. Słowo klucz – była. W sukurs na szczęście przychodzą Shabazz Palaces; najpierw podjęli próbę trzy lata temu na debiucie, a teraz podbili stawkę krążkiem jeszcze bardziej niezwykłym, za powstaniem którego stoi jeszcze dziwniejsza historia. Lese Majesty jest bowiem płytą-operą składająca się z siedmiu suit, gdzie każda z nich opisuje inny fragment głównego "scenariusza", na który składa się podróż w głąb sci-fi, duszy człowieka, różnych mechanizmów społecznych i afrocentryzmu, a odstawiając interpretacje na bok – który może nie znaczyć nic konkretnego. Sam zamysł Wam nie wystarcza? Kumam, przyjrzyjmy się więc podmiotom odpowiadającym za jego formalną realizację.

Audialna narracja od początku do końca prowadzona jest raczej ze zwartą konsekwencją twórczą, co naturalnie nie znaczy, że do całości nie wkradają się momenty wyraźnie wynurzające się ze zbiornika podsycanego repetycyjnymi chwytami. Następstwem tego jest fakt, że klamra spajająca strukturalne ramy nie ma problemów z byciem plastyczną, ale mimo wszystko przez przynajmniej część numerów przebijają się w większości klarowne, proste do odczytania pomysły – świetnie zaadaptowane clapy, kosmiczne syntezatory, smyczkowe pady, podskórnie ulokowane linie niskiego basu, klasyczne bębny, mistyczne pogłosy i reverby, szalone figury rytmiczne, przedziwne sample (np. dźwięki kropel wody), punktowo wdrażane mikro-switche, przeprowadzone przez kwadryliard efektów wokale. Na papierze wygląda to może trochę przytłaczająco, zwłaszcza kiedy zdamy sobie sprawę, że nadal za podstawowy punkt odniesienia obierany jest w tym mirażu hip-hop. Gwarantuję jednak, że przeważające tu chrzęcząco-brzędczące oblicze nie przeszkadza w odbieraniu przyjemności czysto fonicznych.

Najrówniejszy, jednocześnie najbardziej frapujący element tej wielopoziomowej układanki stanowi część inicjująca (warte podkreślenia: jest to też część, która ewidentnie najbardziej przypomina Black Up), co sprawnie można wychwycić już po kilkunastu pierwszych sekundach openera. Wita nas wtedy skrupulatnie budowana, subtelna plansza drone'owa, na którą w dalszej fazie proporcjonalnie rozłożone zostały sekwencje chwytliwych synthów naprzemiennie dudniących z plamami klawiszy. Jej kompletność wieńczy poruszanie się po wątkach Starożytnego Egiptu łączone z prostą braggą. "Forerunner Foray" buja jeszcze mocniej; sampel z "Hustler’s Convention" + dźwięki klaksonu samochodowego + świetne partie wokalne Catherine Harris-White (połówki lesbijskiego składu THEESatisfaction), a w międzyczasie można uszczknąć jeszcze synthowe arpeggia, jaranko x tańczonko. Ten metafizyczny tercet zostaje zamknięty przez "They Come in Gold" i w tym momencie żarty się już na dobre skończyły, bo... "vanity, I love your for myself / me and always you and always never no one else / sanity, a visage of my wealth / lost but always found before the idols that I knelt". Pieczołowitość, z jaką zachodzi przejście po zakończeniu pierwszej zwrotki. Jej wymiar, meritum.

Wracając jeszcze na chwilę do tego, co pisałem dwa akapity wyżej – oczywiście taki stan rzeczy wcale nie świadczy jednoznacznie o tym, że repertuar dobrodziejstwa Lese Majesty wyczerpuje się już na pierwszej suicie. Wręcz przeciwnie, kolejne konstelacje też potrafią zachwycić licznymi hookami, rozwiązaniami, trickami. Weźmy na przykład ten quasi-ambientowy motyw otwierający "Solemn Swears", który ewoluuje w jakieś totalnie absurdalne wyliczanki. "I don’t eat pork like Mr. Roarke", szacun. Intro w "Noetic Noiromantics" jest z kolei podobnie zagrane jak "Brudna Diana" Popasa (lol, serio, zabawna koincydencja), ale "to nic nie znaczy, to o niczym nie świadczy", bo track sam w sobie jest materializacją najdziwniejszego lovesongu od bardzo dawna. Co dalej – najciekawsze podejście do melodyki znajduje się "Suspicion of a Shape", a formule piosenkowej najbliżej "Ishmaelowi", chociaż też tylko połowicznie, głównie przez przyjemniacki refren i lajtowo zarapowane zwrotki. Z błyszczących highlightów w zanadrzu mamy jeszcze "#CAKE", ale znowu muszę odesłać Was do Playlista, wszakże Filip Kekusz zawarł tam już wszystko, co chciałem napisać o tym singlu.

Trzeba przyznać, że przy względnie dużej aktywności w śledzeniu okoliczności rozwijania się teraźniejszej sceny muzycznej, nikt dawno nie zabił mi takiego ćwieka swoim wydawnictwem. Z jednej strony podoba mi się tutaj naprawdę wiele rzeczy; jaram się sposobem songwritingu, pojebanymi tekstami, całą tą senno-marzycielską aurą, z drugiej trudno pozbyć się uczucia, że nie wszystko w przypadku Lese Majesty zostało, o zgrozo, zorganizowane na ostatni guzik. Łyżki dziegciu w beczce miodu na pewno doszukiwałbym się w zbyt nachalnym dążeniu do próby wymknięcia się z objęć ogólnej świadomości środowiskowej, co paradoksalnie skutkuje przy okazji kuriozalnym wpadaniem w zastawiane przez nich samych sidła. Wniosek nasuwa się taki, że duża część tych spirytualnych impresji nosi znamiona szkicowej improwizacji, której w drodze do określonego celu zdarza się gubić bagaż z treścią i bazować wyłącznie na luźnych "spostrzeżeniach". To niestety zaczyna budzić w człowieku podejrzenia, że może wartości w tym niewiele, że może więcej w tym pretensji.

Chociaż nieeeee, wróćmy. Nie będę na siłę demonizował i arbitralnie uznam, że skurczybykom znowu się udało to zrobić. Nagrać płytę roku? Niekoniecznie. Nagrać materiał okropnie wciągający, wyróżniający się na tle reszty stawki niezwykłą wyobraźnią, z dużym repeat value? Z całą pewnością.

Rafał Marek    
4 września 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja