RECENZJE

Shabazz Palaces
Black Up

2011, Sub Pop 6.5

Od czasu pierwszego Porsche Cayenne miałem wrażenie, że – w temacie mieszania pojęć i przekraczania granic – nie będzie już nic bardziej doniosłego. Po płycie Grizzly Bear dla Warpa i trailerze Human Centipede odszczekuję te słowa po raz trzeci. Nie żeby Black Up było szokująco dobre, albo szokująco obrzydliwe, ale... Sub Pop? Shabazz Palaces to chyba pierwszy projekt w historii wytwórni, którego założyciel nie nosi flanelowej koszuli albo chociaż fikuśnej fryzury i płynnie posługuje się słowem "bit". I nawet jeśli ma trochę szczeniacki timbre, który nadawałby się do współczesnego punku, to jednak jest hip-hopowcem, weteranem w dodatku.

Niejaki Palaceer Lazaro, mastermind i zapewne jedyny (liczący się) członek ekipy dopiero niedawno ujawnił się jako Butterfly z Digable Planets, ambitnego kolektywu od singla "9th Wonder", który ostatni premierowy album wydał siedemnaście lat temu. Nie wiem gdzie podziewał się Palaceer przez większość mojego życia - co nie znaczy, że nic nie robił: typ zdecydowanie dba o swoją prywatność, być może maczał palce w kilkunastu wizjonerskich projektach, których nazwy nic nam nigdy nie powiedzą – ale domyślam się, że słuchał tego, co w avant- i indie-hopie zdecydowanie ciekawe. A potem zebrał się, by - pod osłoną nocy i arabskich symboli – złożyć w całość dwie EP-ki: Of Light i Shabazz Palaces z silnymi wpływami Daleka, taniej kultury wschodu, ciemności i Anti-Pop Consortium. To były ambitne mroczne sprawy, które jednak sprawiały wrażenie podążających we wszystkich kierunkach naraz, wciąż szkice, więc dopiero pełnoprawny album mógł opowiedzieć nam, co Palaceerowi w duszy gra.

Gra wszystko co potrzeba. Całe Black Up to mroki, plamy, delaye i taśmy puszczone wstecz, czyli to, czego każdy się boi. Aha, i jeszcze cymbałki w najlepszym w zestawie "An Echo From The Hosts That Profess Infinitum" (w ogóle co to są za tytuły!?) zbudowanym na odwróconym samplu krzyczącego ducha. Strasząc nas, Palaceer wykorzystuje spory arsenał dźwięków, które upycha w obrębie jednego indeksu. Jeśli wyłączycie się na chwilkę, to możecie obudzić się w zupełnie innym ciemnym pokoju. Otwierające całość "Free Press And Curl" zaczyna się od rytmicznych deklaracji wolnościowych na połamanych i pochowanych bitach, a kończy – tak po prostu – na powolnym, skrzypiącym d'n'b.

Na płycie w jednym miejscu spotykają się Pocahaunted z A Tribe Called Quest, albo cLOUDDEAD z Company Flow i to są momenty, które wielu wyobrażało sobie od lat. I wiecie co? To nie jest AŻ tak dobre, choć mocno satysfakcjonujące. Ale są też flopy, jak "Endeavors For Never" i "Recollections Of The Wraith" wskazują na pochodzenie Dominica, atakując nas niby to r'n'b, niby to jakimś banalnym jazzem, który chciałby do Blue Note, ale nie pójdzie, bo jest głupi. Do wybaczenia, pod warunkiem, że się nie powtórzy.

Filip Kekusz    
28 czerwca 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie