RECENZJE

Serena Maneesh
Serena Maneesh

2005, Honeymilk 7.4

Moja poprzednia recka cokolwiek opiewała jeszcze mijające lato, ale na początku zeszłego tygodnia pogoda drastycznie wyrwała mnie ze słonecznego letargu i odczułem dość wyraźne przejście do następnej pory. To był mój pierwszy iście jesienny spacer tego roku: wiatr dmuchał w twarz, żółtawe liście beztrosko pływały po chodniku, a miny przechodniów zdradzały rozpamiętywanie zaprzepaszczonych wakacyjnych okazji i nadchodzącego doła. Powłóczyste pasaże maszerujących bębnów, wielowarstwowe gęstwiny gitarowych efektów, statyczne, bzyczące cicho intermezza i rozmarzone, mruczane wokale – wszystko to idealnie pasowało do widoku, jaki roztaczał się przede mną. Czy shoegaze został stworzony do kontemplacji jesienią? Esencja estetycznego uroku quasi-gatunku zaiste tkwi w metaforze kontrastu dwu przeciwważnych sił: przygniatającego smutku i jednocześnie melancholijnego uroku, które zawarte są w odwrocie natury. A ja ponadto zawsze świetnie odnajdywałem się w tym surrealnym oderwaniu od podłoża, w narkotycznej magmie impresjonistycznych wizji nawiedzających pod wpływem muzycznych bodźców. Idąc wtedy Nowym Światem z discmanem na uszach, uznałem z zachwytem, że oto i kolejna – po garści wymienianych przez Greka w niedawnym tekście o Guitar – pozycja z tej serii, i z pewnością poświęcę jej sporo uwagi gdy złociste barwy będą dominować w pejzażu.

Jednak pierwszy track Norwegów usłyszałem jeszcze w sierpniu; był nazwany z francuska "Un-Deux" i od pierwszego zetknięcia wpadł on do mojej playlisty, by wręcz nie opuszczać jej całymi dniami. Krótki, dwuminutowy, zdecydowanie najmocniej "popowy" i przebojowo przyswajalny w zestawie longplaya, "Un-Deux" to jeden z moich tegorocznych ulubionych singli, katowany z błogą rozkoszą dziesiątki razy. W zasadzie jest to idealna stylizacja na Shieldsowy "hit": główna, męska (choć typowo zniewieściała) linia śpiewna zostaje wsparta słodkim dziewczęcym nuceniem w drugiej zwrotce, w bardzo "Bilindowy" sposób (1:02), a melodia ładnie rozwija akordową wariację wokół przewodniego, hipnotycznego, choć zadziwiająco chwytliwego tematu. Lecz interesujące że najbardziej wciągającym elementem jest tu balans między tą sielską refrenowością, a chaosem mostka, wirującego niczym współczesny odpowiednik finału decrescendo "A Day In The Life", tylko subtelniej. (Btw Nick gamoniu, lepsze od "I Only Said" to jednak nie jest.) W "Un-Deux", ale i w innych utworach, Serena udowadnia, że "shoegaze" ma swój unikatowy blask kompozycyjny: to nie ledwie zderzenie hałaśliwych aranżów z łatwymi do zapamiętania melodyjkami; to mikstura-wywar z hałasu i specyficznego rodzaju melodii, operującej septymowymi rozszerzeniami harmonii, starannymi kontrapunktami basu i półtonowymi, łagodnymi zejściami skal.

Posiąść tę tajemną wiedzę to jak posiąść przepis na gumisiowy sok: osobiście niewiele więcej potrzebuję dziś od muzyki, niż sprawna kopia MBV, bo w tej recepturze tkwi pewien sekret magiczny. Serena Maneesh tę zdolność mają, umiejętność rozpoznawalną chyba przez fanatyków Kevina Boga na odległość kilometrów. Sam ten fakt zapewnia im miejsce wśród czołowych bieżących wydawnictw. Na lepsze i gorsze, skandynawska grupa ma natomiast znacznie więcej do zaproponowania. Stąpające powoli, zamyślone, pasujące do opisu ze wstępu ballady w rodzaju "Don't Come Down Here" czy "Her Name Is Suicide" to jedna strona bajki. Drugą stanowią dzikie wyładowania noise'owe o nierzadko garażowym rodowodzie (filozofia wyzwolenia przez zgiełk VU całkiem a propos), odpowiednio stopniowane. Otwierające krzywe riffy "Drain Cosmetics" i "Selina's Melodie Fountain" podane są na modłę harczącej ściany dźwięku Jesus And Mary Chain i przez to lokują się bliżej energetycznych surowizn BRMC niż onirycznych plam Pluramona. "Candlelighted" i "Beehiver II" to kawał staroświeckiej psychodelii odsyłającej aż do "Interstellar Overdive" (sorry jeślim nudny z tym porównaniem, ale tak to właśnie brzmi momentami). Instrumentalną miniaturą "Simplicity" na sekcję i wibrafon zespół aspiruje daleko poza ramy przyporządkowanego genre. Wreszcie wieńczący "Your Blood In Mine" przeobraża się w mroczne, sprzęgające jamowanie, i nie ma w tym nic "ładnego" wcale. Ale wróćcie do "Un-Deux", powiadam wam, i paru innych diamencików, to wystarczy. Z regularnością dwóch kwartałów pojawiają się krążki z reminiscencjami tego albumu z rozwodnioną fotografią na okładce i to właśnie jest TO.

Borys Dejnarowicz    
26 września 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie