RECENZJE

Sepalcure
Sepalcure

2011, Hotflush 6.5

Trudno o lepsze podsumowanie dogorywającego już powoli roku niż długogrający debiut Sepalcure. Chcąc dowiedzieć się co działo się w elektronice u progu lat 10., przyszłe pokolenia muzycznych nerdów będą mogły po prostu odwołać się do tej płyty i nie będzie to wcale duże przekłamanie. Kluczem interpretacyjnym dla Sepalcure jest bowiem synkretyzm, który jak nic innego określa kierunek współczesnej muzyki w ogóle, a basowej w szczególności. Zresztą samo pojęcie muzyki basowej jest przecież desperacką próbą sklasyfikowania czegoś, czego nie da się już jednoznacznie sklasyfikować, terminem zbiorczym dla zjawisk, o których nie sposób już mówić w izolacji. Być może więc album ten powstał z postmodernistycznego przeświadczenia, że wszystko było i wymyślanie gatunków przestało być w cenie, a może i z błahszych jeszcze pobudek, bo z dzikiej radości tworzenia w świecie, w którym inspiracje leżą niemalże na chodniku. Zresztą kto czeka jeszcze na kamienie milowe, ręka w górę! Nikt? Coś podobnego.

Album otwierają przestrzenne (kolejne słowo-klucz) garaże, dość jednoznaczne, biorąc pod uwagę jak trudno wskazać dominujące w kolejnych piosenkach prądy. Singlowe ''Pencil Pimp'', na przykład, jest kompromisem między wielopoziomowym house’owym klawiszem a juke’owymi schematami rytmicznymi, które jednak, wobec bogactwa międzyczasu, stanowią zaledwie fundament utworu. Bo jest tu miejsce także na posmak egzotyki, kilka szarpnięć gitary akustycznej i posągowy bas, który ostatecznie stawia kropkę nad i. Podobnie jest na ''Yuh Nuh See'', gdzie na czoło wysuwa się italowy groove, uwypuklony jeszcze przez pędzące bez wytchnienia tempo. Ale zaraz, zaraz. Czy ja tu słyszę również dubowe wokale i jakieś na poły balearyczne echa? A czy tego szaleńczego tempa nie realizuje przypadkiem potężny dubstepowy bas? Albo weźmy takie ''Breezin'', niby typowa houserka, ale jak to stopniowe dobudowywanie tła, doklejanie kolejnych skrawków i poziomów, jednocześnie buduje też dramaturgię tego kawałka, która wybucha wraz z pojawieniem się sampli wokalnych.

Właśnie, sample. Czy muszę w ogóle mówić, że słowo-klucz? Stewart już na Room(s) udowodnił, że posługuje się nimi po mistrzowsku, a i na Sepalcure to one głównie stanowią o sile tego „międzyczasu”. To one tworzą warstwę emotywną albumu, która spaja ten miszmasz gatunków i dźwiękowych odniesień, tę syntezę historyczną muzyki elektronicznej, w sensowną całość. Słychać to na przykład w ''Eternally Yrs'', gdzie początkowo za serce łapie przede wszystkim uczucie przestrzeni rozciągającej się dookoła footworkowych osiemset ósemek. Wokale narastają tu stopniowo, by z każdym kolejnym wejściem wnosić coraz więcej treści, co prawda pozawerbalnej, bo sample są tak zniekształcone, że ledwie czytelne, ale nie mniej przez to ujmującej. Jednak jeśli nawet dostajemy konkretne frazy (''Mountains high and low'', ''Brief as possible'', ''Hold on, baby''), są to tylko bezsensowne językowe odpryski. Kunszt Sepalcure, podejrzewam, że w tym wypadku głównie Stewarta, polega na wtłaczaniu tych wyizolowanych komunikatów w szersze dźwiękowe konteksty, co nadaje im, jeej, głębi.

Jednak mimo tej udanej przecież wielotorowości i całkiem sporej dawki emocji jak na, bądź co bądź, muzykę taneczną, nie mogę opędzić się od myśli, że coś temu albumowi dolega. Nie jest to raczej szerzący się powszechnie syndrom długograja, bo Sepalcure wyszło im bezdyskusyjnie lepiej niż dwie poprzednie EP-ki, co znaczy, że forma zwyżkuje, miejmy tylko nadzieję, że jeszcze nie szczytuje. Z drugiej strony, gdy czytam, że to, być może, najlepsza rzecz jaką panowie nagrali, solowe projekty included, to myślę sobie: ''A Now You Know, głupcze?''. Room(s) też przecież leży kilka półek wyżej. Co jest zatem nie tak? Będzie bez ściemniania – nie wiem. Zastanawiam się od tygodnia i po prostu nie wiem. Coś tam pewnie nie kliknęło jak należało, ot cała moja hipoteza. Ale jeśli przyjąć, że Sepalcure powstało z radości tworzenia, to ja skupię się na radości słuchania, którą można tu czerpać garściami, bo to solidny, spójny album i duża nadzieja na przyszłość.

Luiza Bielińska    
13 grudnia 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie