RECENZJE

Seefeel
Seefeel

2011, Warp 6.7

Brytyjczycy poznali lek na wieczną młodość. Ich czwarty, wydany po piętnastoletniej przerwie album pokazuje, jak uwolnić się z osnowy czasu i z gracją uciąć wątek reunionu. Niezła sztuka, biorąc pod uwagę, że na tej wysokości na każdy zespół spada lawina kontekstu. Seefeel nawet jej nie zauważa, zaklinając abstrakcję w domku z czystej formy. Po ostatnich dokonaniach Faust Brytyjczycy są kolejnym zespołem udowadniającym, że eksperyment jest wieczny. Starzeją się historie: blakną, wycierają się, nudzą dyktaturą toposów – przyimki, głoski, przecinki dryfują ku nieskończoności.

Seefeel jest. Nie dopowiada, nie wieńczy, nie zamyka, nie otwiera furtki do odległej krainy dream-housowej nieokreśloności, lecz wali obuchem konkretu w takt melodii "Hej, jesteśmy w teraźniejszości!". Dźwięk rozlega się powoli, gdyż ta ich rzeczywistość poddana jest niskotonowej obróbce łamiącej dźwięk w pryzmacie dekonstrukcji. Gdy młodzież reinterpretuje przez "post-", Brytyjczycy absorbują dźwiękową tkankę i dają upust swoim fantazjom. A właściwie nie "fantazjom" – Seefeel to drugi biegun spontanicznego songwritingu. Biegun zimna, matematyczny wzór na kontemplację niewiadomej. Mu & Antarctica.

Jeśli nie istnieje kategoria free-elektronika, to pewnie dlatego, że nie warto kategoryzować. Tylko bas się deklinuje: M. Dub, D. Dubstepu, C. Drone'om B. Slowdive, N. trip-hopem, Msc. Londynie, W. – . Wokal spogląda na to z góry i nie wie, co powiedzieć, więc poprzestaje na brzmieniu. Dźwięczy wysoko, daleko, byleby nie włożyć palca w masywne tryby eksperymentu. A tryby są bezlitosne i z gruchotem łamią koncepcje, ramy i narracje. Złowrogi duch miasta toczy soniczną strukturę z dala od latarni kontekstu. Bo czasem lepiej jest nie wiedzieć. Seefeel – synestezja barw ciemnych.

Jan Błaszczak    
14 marca 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie