RECENZJE

Seachange
Lay Of The Land

2004, Matador 5.0

Przez pierwszą połowę 2004 roku, czyli praktycznie do momentu, gdy wreszcie zdobyłem upragniony egzemplarz Satanic Panic In The Attic, szczerze niepokoił mnie poziom bieżących wydawnictw. Nie to, że ukazywały się albumy wybitnie słabe (choć takie też nie należały do rzadkości), tylko najczęściej nowe pozycje idealnie wpisywały się w pewien specyficzny typ wydawniczy, tak charakterystyczny dla tego roku: albumu obiektywnie przeciętnego, o wyraźnie płytkim brzmieniu i sztampowych kompozycjach, aczkolwiek przejawiającego chwilami momenty względnie dobre. Dzięki sporadycznym, ciekawszym fragmentom oraz rzadkim spadkom poniżej średniego pułapu, całość tworzyła wbrew pozorom przyjemny dla ucha rezultat. Taki właśnie był Franz Ferdinand, Happiness In Magazines Grahama Coxona oraz, jak łatwo się domyślić po wstępie, debiut brytyjskiego składu Seachange.

Album nie tylko zalicza się do tejże specyfiki; można wręcz powiedzieć, iż jest jej podręcznikowym przykładem. W ciągu pięćdziesięciu dwóch minut nagrania przez większość czasu zalewani jesteśmy nieskazitelnie pospolitą, gitarową masą, z której jednak co pewien czas nieśmiało wybijają się całkiem niezłe pomysły, choć tylko po to, aby po kilkunastu lub kilkudziesięciu sekundach niefortunnie spalić na panewce. Mimo wszystko, chwilowe blaski nadają płycie pewien pozytywny posmak, a już na pewno są znakiem potencjału grupy.

Pod względem stricte kompozycyjnym, całość materiału można zasadniczo podzielić na dwie, przeplatające się nawzajem części, każdą opartą na wpływach odległych od siebie stylistycznie nurtów z okolic niezal-rockowych. Singlowy "Glitterball" czy też najjaśniejszy punkt longplaya "The Nightwatch" wpisują się głównie w konwencję lekko smętnego, melancholijnego rocka a la Arab Strap, co dodatkowo potęguje aranżacja instrumentalna, w każde wolne miejsce uparcie wtłaczająca skrzypcowe partie. O ile jeszcze wspomniany "The Nightwatch" czy również porządna "Anglokana" bronią się świetnymi melodiami oraz w miarę interesującą progresją, implementując w fazie końcowej zbawczą dawkę hałasu, tak wiele fragmentów zadowala się jedynie postępującym zanudzaniem słuchacza. Najlepszym przykładem jest tu słabiutki "Come On Sister", który mimo punkowego refrenu usypia powolnym, zajmującym mniej więcej pół kawałka intrem, skupionym wokół smyczkowego tematu.

Drugie oblicze Lay Of The Land przynosi diametralną zmianę zarówno nastroju, jak i instrumentalizacji. Nie wiem, czy członkom Seachange zabrakło weny, czy też nie potrafili zdecydować się co do ostatecznego wyglądu swojego "dzieła". W części nagrania zrezygnowali bowiem z sentymentalnych pejzaży na rzecz prymitywnych, punkowo zabarwionych kawałków, nijak nie pasujących do reszty materiału. Partie skrzypiec ustępują tu miejsca przesterowanym gitarom i ryczącej wokalizie ("Forty Nights") bądź post-punkowym, basowym riffom ("Do It All Again"), wywołującym skojarzenia z Les Savy Fav. Niestety, na wielkich inspiracjach się kończy, gdyż jakość tychże motywów pozostawia wiele do życzenia, a ogólny efekt bliższy jest dokonaniom modnych ostatnio, neo-garażowych zespolików z Black Rebel Motorcycle Club na czele. Śmiem stwierdzić, iż właśnie tych kilka zmarnowanych, beznadziejnie schematycznych punkowych kawałków jest pierwiastkiem definitywnie zatrzymującym materiał na poziomie czystego średniactwa.

Patryk Mrozek    
7 grudnia 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie