RECENZJE

Sea And Cake
One Bedroom

2003, Thrill Jockey 7.4

- To jak Borys, ile damy tej nowej płytce Sea And Cake? Trzeba podjąć decyzję.
- Tak. Nadszedł ten moment. I muszę ci Borys powiedzieć, że nie mam zielonego pojęcia jak tym razem ugryźć kwestię oceny. Spróbuję ci to wyjaśnić w jak najprostszy sposób. Spędziłem z One Bedroom ponad tydzień, a był to tydzień słuchania jednego albumu niemal na okrągło. Pełnił mi rolę ścieżki dźwiękowej do miejskich krajobrazów w autobusie, gdy pod blaskiem skwierczącego kwietniowego słońca przemierzałem kilometry wszerz i wzdłuż naszej stolicy. Był dźwiękowym wypełnieniem żmudnego odpisywania na maile. Wreszcie, uzupełniał wieczorne rozmyślania o nicości, ot tak. I widzisz, moje wahanie dotyczące noty końcowej wciąż nie daje mi spokoju.
- A czemuż to? Przysłowiowych siedem przesłuchań nie wystarczyło? Spójrz obiektywnie: znasz ten zespół od lat. Znasz doskonale jego dokonania. Czemu więc nie przeprowadzić zimnej, obdartej z emocji paraleli między wcześniejszymi dziełami Sea And Cake i tym najnowszym? Taki trop powinien zaprowadzić cię do satysfakcjonujących wniosków.
- Ha, żeby to było tak proste. Znam, znam, i co z tego? Gorzej, że ja uwielbiam Sea And Cake. Zakochałem się od pierwszego z nimi zetknięcia. To jest i była moja drużyna: jazzujące motywy, specyficzna, post-rockowa harmonika, piękne melodie, żelazna technika, niepowtarzalny głos Prekopa. Pamiętasz, jak usłyszałem kiedyś self-titled? "We are / Jacking the ball", ach ach. Mogę non-stop katować.
- Zgadza się, to chyba jeden z twoich absolutnych faworytów w kategorii easy-listening, prawda kłoniu? Ale nie odmawiajmy gościom prawa do dwóch wielkich osiągnięć. Mam na myśli Nassau po pierwsze. Najściślejszy flirt grupy z niezal-rockową piosenką, który zaowocował zupełnie unikatową jakością, czymś na kształt abstrakcyjnej fuzji Sonic Youth circa Daydream Nation i nerwowego jazzu Herbie Hancocka z okolic Head Hunters.
- Te porównania. Po co się wysilać w sumie. Przecież muzyka mówi sama za siebie. Jak ja kocham Nassau. Trzeci kawałek, kojarzysz? Najdłuższy tytuł jaki zdaje się znam na pamięć: "A Man Who Never Sees A Pretty Girl That He Doesn't Love Her A Little". Ta improwizacja. Te bębny, start/stopy. Świat quasi-jazz-rocka stał otworem. A "Lamonts Lament"? W sumie jedna z najbardziej wychillowanych jebaniutkich pioseneczek jakie dekada przyniosła.
- Albo "Earth Star", zapowiedź jeszcze spokojniejszych klimatów Oui. Poezja.
- Właśnie! Nie zapominajmy o Oui. Przejesz ta płytka to dopiero wymiata jak bonie dydy.
- W zupełności samej. Tutaj czterech dżentelmenów zabawiło się w architektów precyzyjnej konstrukcji ze szlachetnego drewna. Siła, jaką potrafili zawrzeć w tak zwiewnych, świeżutkich, pomykających niczym górskie strumyki kawałeczkach była niewiarygodna. Mariaż z wysmakowaną elektroniką, filozofia "mniej znaczy więcej" i zwłaszcza wypolerowane, ładne, aż przesadnie błyszczące brzmionko. Tam też było kilka pereł: "Afternoon Speaker", "All The Photos", czy "Seemingly".
- "I Missed The Glance" to bodaj najsłodsza muzyczka, przy której miałem okazję drzemać. Kojarzy mi się z zastyganiem w bezruchu, błogim, ciepłym. Jest zbyt piękna, żeby była prawdziwa...
- Ok, nie czas na lizanie Sea And Cake po dawnych utworach. Jest One Bedroom i masz poważny kłopot z umiejscowieniem go w skali ocen. Jak temu zaradzić? Przede wszystkim, co by nie powiedzieć, prochu nasza czwórka tu nie wymyśliła. Owszem, zbyt wybitni to muzycy, by nagrać rzecz wyjałowioną, beznadziejną. Zauważ: dream-team. Już osoba Johna McEntire pokryta jest złotym pyłem akademickiej legendy, ale gitarzysta Archer Prewitt, basista Eric Claridge i w szczególności wokalista, główny zarazem songwriter, Sam Prekop, to także postaci kultowe dla każdego fana "innej grupy z Chicago". Kreatywność takiego składu nie pozwala więc na diametralną obniżkę dyspozycji. Ale tym razem zdecydowanie nie wyszło im nic ponadczasowego.
- Zgoda. So what? Widzisz, na tyle, na ile kocham ten ich beztroski miałki zapiekany ser, na tyle nie przeszkadza mi brak przebłysku geniuszu w One Bedroom. Samo obcowanie z naturalnością kompozycji, z charakterystycznym dla Sea And Cake budowaniem linii, jest przyjemnością. Nic na to nie poradzę. Dlaczego miałbym udawać zgorzkniałego krytyka, potrafiącego jedynie zjeżdżać wtórność, skoro nim nie jestem? Są od tego inni, którzy ogłoszą: Sea And Cake zatrzymali się w czasie. Luz. Ja jestem na tak i myślę sobie, że już kupuję twoją płytę.
- Nie, nie. My tu sobie żartujemy, ale ja już przestaję żartować. Czy nie przemawia do ciebie na przykład argument o zatrważającym tym razem braku oryginalności? Pierwsze z brzegu nagranie, "Four Corners", wydaje się żywcem wyjęte z Transient Random-Noise Bursts With Announcements Stereolab. Aż się chce zaśpiewać jak niegdyś Laetitia: "lali lala lali lala". Toż to kopia...
- ...I co, skoro Stereolab również należą do moich prywatnych faworytów. Ich również jestem w stanie katować nocami i dniami. Wtedy przestaje być ważne, że Sea And Cake ściągają. Myślę, że na poziomie pewnej klasy wykonawczo-twórczej nie ma to wielkiego znaczenia. Liczy się za to radocha: z reverbu syntezatora, delikatnych funkujących akordów gitarki, maniackiej sekcji, będącej kolejnym hołdem dla Neu! (zdaje się, że McEntire przed nastrojeniem bębnów trzy godziny wsłuchuje się w Dingera). Moment, gdy wchodzi głos Prekopa (trzecia minuta), definiuje styl Sea And Cake.
- Możliwe, ale nad głosem tego pana też należałoby się zatrzymać odrobinę. Nie sądzisz, że jest już nudny z tym swoim ledwie-ledwie-szepczącym-tchem? Ile można?
- Wcale tak nie sądzę. Powiem więcej: dla mnie Prekop to mistrz mistyfikacji wokalnej. Pozornie nie zdradza żadnych uczuć, jeśli jednak wsłuchać się głębiej, pozostaje wirtuozem nieoczywistej, chwiejnej, subtelnej metamorfozy. Od zawsze śpiewa tak, jakby miał zaraz zasnąć, znudzony, zmęczony. Jak by mu nie chciało się kiwnąć palcem. W "Interiors" prawie recytuje "There's much to know / My enemy" i jest to po-ru-sza-ją-ce. Załamanie frazy Prekopa to historia dziś już klasyczna. Urocza na swój sposób. Trzeba umieć docenić tak wyrafinowany sposób ekspresji.
- One Bedroom bliżej jednak do The Biz, niż Oui, zarówno w sensie poziomu, jak i spójności, trwałości formalnej. Zdarzają tu się wpadki, na przykład...
- Chwilunia lalunia. Wpadki? Możliwe, ale pogadajmy o punktach szczytowych. Czy wiesz jaką rozkoszą może być wtapianie się w delicje teksturowe "Shoulder Length"? Zawadiacko przytupujący beat i te staroświeckie organy Farfisa, zresztą kolejny relikt epoki, do której i Tim Gane chętnie nawiązuje. Mostek: śliczne napięcie. Ale ale! Co tam się dzieje w instrumentalnym refrenie! Akordy, panie pośle, septymowe małe. To moja drużyna. Taka kwintesencja tej płyty dla mnie. Wyróżniłbym też balladkę tytułową, dość prostą wprawdzie, ale rozbraja wdziękiem! Taki ostrzejszy jam kończący "Interiors", oraz banalny "Mr. F". Ten ostatni to dowód na moje uzależnienie od melodyki Prekopa. Identyczny przykład jak z "Another Girl" Beatlesów - melodia oczywista i zupełnie nie odkrywcza, dlatego właśnie perfekcyjna! Jeśli ktoś pławi się w takich harmoniach jak w nektarze, to musi przyklasnąć.
- ...Nie dajesz mi dojść do słowa! Głos rozsądku! Jak wytłumaczysz zamykający całość cover "Sound And Vision" Bowiego? Niepotrzebna, wysilona męka.
- Mówisz o "próbce umiejętności ambitnego popowego zespołu z Ameryki, trudno dostępnego w Polsce The Sea And THE Cake, więcej dowiedzą się państwo na dwóch koncertach w naszym kraju"?
- Owszem, o tym mówię.
- Stary, ja osobiście bym nie przerabiał Bowiego, zwłaszcza z Low, lecz skoro Prekop chciał, to co nam pan zrobi? Jasne, że najsłabszy na płycie, ale zawsze można wyłączyć dysk przed finałem. Liczy się easy-listening, easy-listening, easy-listening!
- Załóżmy, że dasz One Bedroom powyżej siedmiu. Czy nie uznajesz takiego posunięcia nie lada odważnym? Ile punktów zostawisz dla nowatorstwa? Dlaczego, choć skruszony, zostawiasz sobie tak małą rezerwę? Nie rób tego! Powstrzymaj się, bądź twardy.
- Nie potrafię! Przez okrągły tydzień biłem się z myślami ile dać One Bedroom, robię to także teraz i widzę, że do celu zawiedzie mnie serce.
- Będzie jak z Universal Truths And Cycles w zeszłym roku: najpierw wysoka ocena, potem ledwo na liście rocznej.
- Trudno. Świat jest brutalny. Przyznaję, mam ochotę wysoko ocenić One Bedroom, mimo, że płyta podpada raczej pod "nic specjalnego", ale to w skali universum. W mojej skali Sea And Cake mają fory. Starczy? Słuchaj, późno już, nie? Jestem taki wykończony, ostatnio strasznie mało sypiam. Czas spać.
- Ahm. Dobranoc.
- A wiesz w ogóle, że jesteśmy trochę świrnięci, że tak od półgodziny gadkujemy sobie o muzie?
- Czemu to?
- No bo przecież ja jestem tobą, a ty mną. Ja i ty to ta sama osoba.
- A, wiadomo.

Borys Dejnarowicz    
20 kwietnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie