RECENZJE

Sea And Cake
Any Day

2018, Thrill Jockey 6.5

The Sea And The Cake albo się kocha, albo się kocha. Może radykalne stwierdzenie, ale innej drogi nie widzę (albo nie chcę widzieć, bezstresowo żyjąc we własnej bańce informacyjnej). Od ostatniego przyzwoitego LP minęło sześć lat i pomimo pewnych drobnych obaw, po świeżej odbiórce czuję się tak w 3/4 ukontentowany tym, co znalazłem. A znalazłem dość spory podziw, że pomimo tylu lat oraz tylu ocierających się o geniusz albumów, po zespole nie widać wyraźnych otarć i bolesnych śladów wypalenia. Wprawdzie widocznie obniżył loty, w zamian jednak nie został wyzuty z tej unikalnej iskry wewnętrznej nonszalanckiej elegancji oraz specyficznego zmanierowania, brzmiąc przy tym tak niewymuszenie, naturalnie i bez najmniejszych śladów jakiejkolwiek pretensji w stosunku do otaczającego świata. Taki stan rzeczy ma swoje wyraźne plusy. A odpalając płytę, odrzucając w wyobraźni tę krystalicznie czystą produkcję, można poczuć się przez chwilę, jakby wciąż i wciąż odgrywane było to w jakimś amerykańskim klubiku utrzymanym w stylu surowej piwnicy z motywem przewodnim odrapanego betonu, fajkowego dymu oraz biletów wstępu o równowartości 20 złociszy. Taki moment i odczucie, w którym cała ich spektakularna dyskograficzna spuścizna nigdy się nie wydarzyła, a oni sami wciąż twardo stoją tam, gdzie stało indie, wyraźnie wskazujące drugą połowę najntisów.

I właśnie z tymi najntisami mam tutaj największy problem, tylko po części związany z tą metaforyczną piwnicą, anomaliami i odpryskami kłopotliwej dylatacji czasowej, bijącej od starych ludzi z brodami i w czapkach z daszkiem. Bo nie skrzywiło mnie na tyle, aby zadawać ironizujące pytanie – który właściwie mamy rok? Skąd ich wykopali. Gitary? Panie... – robiąc jakieś fikołki i zwalając powody wyimaginowanej współczesnej estetycznej degrengolady na tę płytę i wszechobecną retromanię. Problemem nie jest to, że czuć tutaj ducha minionej już dekady – toż to w odpowiednim ujęciu niezwykły plus, a kserówki tego, co było, to też bogate w witaminy źródło fajnych kawałków – problemem jest to, że nie czuć tutaj tego ducha Sea And Cake, w wielu miejscach zostając łudzonym wizją generycznego doppelgangera, tytularnie podszywającego się pod kultową markę. Chodzi tutaj głównie o "Day Moon", o z lekka nieznośny dla mnie opener, o przykładowy"Starling", które zdają się w większej części niedoskonałą imitacją nieokreślonych czasów minionych (całych formacji zespołów różnorakich) niż pełnoprawnym kontynuatorem skonkretyzowanych płyt, konkretnego zespołu.

HEREZJA! Herezje pan prawisz. Trochę tak. Mam nadzieję, że ktoś wychowany na tym nie skopie mnie w drodze do pracy (i tak w pracy zrobią to na pewno). Na swoje i zespołu usprawiedliwienie powiem, że mimo tych słów, gdy "hałas" ustępuje bardziej onirycznym partiom, muszę przyznać, że tytułowy numer i kilka spójnych z nim estetycznie wolniejszych, niezwykle udanych utworów razem ratują i nagradzają słuchacza z nawiązką, wprowadzając go w stan nieustającego chilloutu. A utwory, w których panowie w niewymuszony sposób dają się ponieść lekkiemu sentymentalizmowi – takie jak urokliwa bossa nova "Into Rain" czy porażający swoim wewnętrznym spokojem oraz środkowo-utworowym porywem closer – to są momenty w największym stopniu składające się na wspaniałość tej płyty. W szczególności gdy zaczynamy ogarniać to, co dzieje się od drugiej minuty w "These Arms". W tak standardowej – ale w ich dotychczasowej karierze niestandardowej – kompozycji. W tej miejscowej podwyżce napięcia, głośności, hipnotyzującym pojedynczym dźwięku granym w stałych odległościach, w przeciąganych wokalnych frazach. W dźwiękowym świecie gęstego, spowalniającego czasu i słów I found ressistance to go, do których, wypadając z jezdni, kasujesz swoje pierwsze auto (Golf Tdi 1.9, na zawsze w sercu :<).

Ostatecznie z całej tej czterdziestominutowej przebieżki wyszedł lekko poetyzujący filmowy Paterson, odlany z ciepłego easy-listeningowego gitarowego grania, przepełnionego ogromną dawką post-post-ironicznego humanizmu, wzbogaconego niepoprawnym optymizmem i lekką dozą melancholii, które udzielają się słuchaczowi. Wielki w swojej skromności hołd złożony ulotnej prostocie, drobnym wzruszeniom, bez najmniejszych znamion prostactwa.

Michał Kołaczyk    
18 czerwca 2018
BIEŻĄCE
Ross From FriendsFamily Portrait
NecksBody