RECENZJE

Scritti Politti
White Bread, Black Beer

2006, Nonesuch 5.5

Nie ma wyjścia, kolejna płyta w prawej kolumnie w okolicach piątki, chociaż w przypadku nowego Scritti Politti nie mogło być inaczej…

Nie zrozumcie mnie źle, nie to, że uważam ich za nudziarzy czy poprawniaków (nie mylić z absolwentami poprawczaka), wystarczy rzucić okiem na bio Juliana Strohmeyera aka Greena Gartside'a i jego zespołu. Absolwent wydziału sztuk pięknych w Leeds, czytelnik Marksa, Derridy, Lacana i Bakunina (nazwa zespołu pochodzi z tekstów Antonio Gramsciego), squotowy anarchista, a potem, damn it, z zespołem tworzy nie między innymi a przede wszystkim Cupid & Psyche, absolutne artystyczne spełnienie. Także komercyjne zresztą. Miles Davis nie używał słabych tematów (grał "Perfect Way" z Cupid…), ha!, on nie współpracował ze słabymi artystami (a udzielił się na kolejnej płycie Scritti Provision).

Skoro było tak spektakularnie dlaczego teraz oscylujemy w rejonach "kunsztownej nudy" (to za Piotrkiem Kowalczykiem)? To chyba oczywiste, że nie żyjemy w latach osiemdziesiątych, cokolwiek mówiłoby się o SB. To co wtedy mogło imponować świeżością i innowacyjnością brzmienia, teraz słucha się jak – w najlepszym razie – obowiązkowej klasyki. White Bread, Black Beer oczywiście nie kopiuje pomysłów sprzed dwudziestu lat, ale też nie ubiera się zbyt nowocześnie, zdecydowanie nawiązując do najlepszych kreacji zespołu. Tyle że dziś można określić to raczej w kategoriach szlachetnej prostoty, a nie inspirującej ekstrawagancji. Wyważone proporcje między akustyką i elektroniką, harmonie wokalne, ciepłe brzmienie pogłosów i ogólna gładkość sprawiają, że nowa płyta Scritti może być spełnieniem doskonałym pojęcia "muzyka użytkowa". Pasuje do wszystkiego w każdej sytuacji i nie sposób by irytowała kogokolwiek.

Problem pojawia się, gdy wsłuchujemy się uważniej. Nie, nieprawda, żaden problem. Jakie ładne melodie, subtelne niezwykle, nie wpadają w ucho zbyt łatwo, za to przykuwają uwagę i pozostają przez dłuższą chwilę nieuchwytne, a dopiero w kontekście każdego utworu możemy docenić rozwój jego linii melodycznej. Kunszt, jubilerka, panie! Wokal Greena nawiązuje lekkością do teen popu, co przyjemnie kontrastuje z "dojrzałością" treści muzycznej. Tu i tam odzywają się lata osiemdziesiąte, dalej Beach Boys, Simon And Garfunkel, trochę funku gdzieniegdzie, zmiksowane na jednorodną pastę, a gdy się ją je, pozostaje tylko mruczeć pod nosem: "jakie ekskluzywne i wysmakowane". Płyta jest bardzo równa i trudno wyróżnić jeden utwór. Może tylko wielowątkowa piosenka "Mrs Hughes", przywodząca na myśl zmianami akcji muzycznej i wielogłosowymi harmoniami operetkę, oczywiście w na wskroś nowoczesnym wydaniu czy nieprzyzwoicie urocza balladka "Window Wide Open" wybijają się mocniej na pierwszy plan.

Powyższe słowa wskazują na ocenę co najmniej 7, a ja daję 5.5. W czym problem w takim razie? W braku haku. No właśnie, po każdorazowym przesłuchaniu płyty zostaje we mnie niezbyt wiele. Ledwie się kończy, a ja już jestem gdzieś indziej. Owszem trochę dobrego samopoczucia, jak po zetknięciu z czymś niezwykle estetycznym, ale poza estetyką oferującym niewiele. Ale co z tego, czy to starczy żeby komukolwiek szczerze tą płytę zarekomendować? Okazuje się, że została nominowana do przesławnej 2006 Mercury Music Award. Sorevicz (jak to się w takich sytuacjach mawia), to jednak niewielka przesada. Talent Greena Gartside'a do pisania i nagrywania ładnych piosenek warto uhonorować, ale jak dla mnie największą zaletą White Bread, Black Beer, jest to, że odsyła mnie do Cupid & Psyche.

Piotr Cichocki    
1 września 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja