RECENZJE

Scott Walker
The Drift

2006, 4AD 6.8

Coś innego, niewątpliwie. Odmienność to wartość sama w sobie, a Scott Walker posiada jej rzadki typ – bezinteresowną i intuicyjną. A przynajmniej takie sprawia wrażenie. Jakiś czas temu skupił się on z resztą na "sprawianiu wrażeń". Na potrzeby tego procederu skrupulatnie odrzucał w swojej twórczości elementy, które wydawały mu się zbędne, sprowadzając swoją muzykę do postaci sugestywnych pejzaży.

Dziwne to konstrukcje. Bryły o ostrych kształtach naumyślnie unikających konsensusu między abstrakcyjnymi dźwiękami, a skrupulatnymi konstrukcjami muzykologicznymi. Mroczne ballady, już tylko z rysów przypominające dalekich piosenkowych krewnych. Muzyka nieprzewidywalna, równocześnie nieprzyjemnie prostolinijna, niewygodnie komunikatywna, bez czytania między słowami. Modernistyczne kolaże złożone z doraźnych stymulantów. Cytaty z horrorów, żałobne treny, jęki obłąkanych, ścieżki do nikąd, jesienna melancholia. Na szczęście Walker nie jest bajkową wiedźmą, nie przesadza w doborze składników. Skrzydła nietoperzy działają na wyobraźnie najmłodszych, dla dorosłych trzeba bardziej ludzkich fetyszy.

Warstwa liryczna, zwyrodniałe kalambury, rebusy z nocnych koszmarów, znaczenia których utknęły gdzieś na końcu języka podświadomości. Aluzje do śmierci Mussoliniego ("Clara"), zmarły przy narodzinach brata bliźniak Elvisa ("Jesse") – przynajmniej wiadomo, w których bestiariuszach szukać. Nawiedzony głos Walkera z początku wydawać się może przerysowany, operowy z czasem staję się po prostu wyrachowany. Na tle muzyki wręcz naturalny.

Muzyczna papeteria dla lirycznych stygmatów Walkera, czy muzyczny szamanizm wspierany złowieszczymi formułami zaklęć? Ten problem nie istnieje. Forma wnikliwa, kompletna – wszak wypracowana latami. Żyletki nie wciśniesz między kamienie tego muru. Muru? Pozostają wrażenia, ich percepcja jest wyraźna, do objęcia. Czy do przyjęcia? Pomnik, zimny granit, zapierający dech w piersiach monument. Do podziwiania. Czy można dotykać?

Nie wiem. Wrażenia namacalne, ale wrażenia to jeszcze nie emocje, moje emocje. Jest napięcie, jest oczekiwanie, ciekawość wzbudzona, jestem zaaferowany, pobudzony... no i ? Czy jest tu miejsce dla słuchacza, a konkretnie dla mnie? Czy to forma jest na tyle samowystarczalna, że obchodzi się bez mojej ingerencji? A może to ja nie jestem na nią przygotowany?

Język tego albumu oryginalny i zarazem kompletny, przy czym bezpośredni i sugestywny sprawia, że doprawdy nie ma się gdzie przyczepić. Problem w tym, że póki co przechodzę obok niego co najwyżej zaczepiony, ledwie potrącony ramieniem i po wymianie zwyczajowych uprzejmości rozchodzimy się każdy w swoja stronę. Nie było by to może nic nadzwyczajnego, gdyby nie niepokojąca myśl, że mogło by coś z tej znajomości wyniknąć. Ktoś z nas dwóch popełnia jakiś błąd, wybaczcie mój egoizm i brak manier, ale obawiam się, że tym kimś nie jestem ja.

Paweł Nowotarski    
28 sierpnia 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie