RECENZJE

Sciflyer
The Age Of Lovely, Intimate Things

2005, Claire 7.4

The Age Of Lovely, Intimate Things dokonuje magicznego transferu wyobraźni w minioną epokę, zarażając tęsknotą za lżejszą odmianą indie-shoegaze początku lat 90-tych. Przy czym czyni to w sposób chwytliwy i nawet jeśli brakuje trochę do niemal przesadnej delikatności Pluramona, to tchnie z tej gęstej siatki przeźroczystych gitarowych powłok i skrytego pod nimi anemicznego wokalu zdecydowanie popowa wrażliwość oraz pewna ulotna, senna nostalgia. Ta płyta stwarza wrażenie continuum, transowo rozplątując pojedyncze tematy bez grama onanizmu. Mój osobisty idealny scenariusz beztroskiego życia zakładałby wygospodarowanie raz w roku calutkiego szarego jesiennego dnia na odpływ z zapętlonym "The Nation", cudem wzorowanym w kwestii szkieletowej progresji, jak podpowiada B., na openerze Souvlaki (płyty-blueprintu dla Age Of Lovely, w większym stopniu niż Ride, do którego bywali porównywani).

To nie jest do końca prawdą, że w podobnej estetyce you can't go wrong. Oczywiście można nagrać kawałki na 0 w każdym stylu – to banał; chodzi o uchwycenie pierwiastka nadprzyrodzonego decydującego o urzekającej jakości shoegaze-popu lub nudzie, w przypadku jego braku. Przykładowo zupełnie nie rozklejają mnie pejzażyste pieśni Mojave 3, ponieważ brzmią one trochę na zasadzie czarodziejskiego piękna sofomora Slowdive wyżętego z czarodziejskiego piękna. Sciflyerowi udało się stworzyć piosenki mogące uchodzić za kliniczny przykład śliczności wyrażonej w sumie takimi mało gładkimi środkami, bo i jakieś przestery, i harczące wiosła wkradają się niepostrzeżenie, a mimo to niezmiennie słyszę wyłącznie szepczącego zaklęcia Steve'a Kennedy'ego na tle tkliwie rozciąganych rozmytych gitarowych włókien. No każdy hook dorzucony do przewodniej repetycji trafia po prostu bezbłędną harmonią i brakiem inwazyjności, powodując reakcję w rodzaju: "O genialne. Ale przecież ja tego nie zauważyłem. Nic nie było, gramy dalej".

Niby można kręcić nosem na monumentalny rozmiarami closer, jednak przemyślane wydaje się wejście akurat w tym miejscu z roziskrzonym, rozjechanym noise'owym motywem i masywną hipnozą basu, bo gdzieś na wysokości czwartego utworu (trwająca pół godziny, formalnie EP-ka, liczy pięć tracków) urokliwy, lecz monotonny klimat zaczyna przesłaniać kompozycje. Właśnie, kręcić nosami, tylko pragnę zauważyć co tu się wyrabia przez te kilkanaście minut naokoło głównego wątku – psychodeliczna orgia na poziomie esencji z dokonań Comets On Fire, a całość wciąż nie zatraca atmosfery czułości i melancholii. Legia mistrz.

Michał Zagroba    
30 grudnia 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie