RECENZJE

Schneider TM
Zoomer

2002, City Slang 7.9

Czytając recenzje do tej płyty, natykałem się na przeróżne typowania inspiracji. Między innymi na New Order, Beach Boys, czy nawet Velvet Underground. Taka seria prominentnych "rodziców" wskazywałaby na jakiś dialog z przeszłością, a przynajmniej wyraźny zwrot w stosunku do elektroniczno-post-rockowego Moist. Wyraźnej zmiany nie ma, nie ulega natomiast wątpliwości, że droga artystyczna Dirka uległa ewolucji. Swoje doświadczenia z pola pomarsjańskich eksperymentów wzmacnia on tu o pop pierwszej jakości, z krwi i kości, taki pod strzechy, z którym każda choć troszeczkę wrażliwa jednostka będzie chciała chwilkę pobyć. W efekcie mamy do czynienia z czymś na kształt The Amateur View To Rococo Rota z popowym wokalem, albo Mouse On Mars w stricte piosenkowym repertuarze.

Co bardzo ciekawe, na ten czarujący krążek składa się tylko osiem kawałków i nie przekraczają one czterdziestu minut! Mimo minorowego wymiaru, wpakowane jest tu dostatecznie dużo pomysłów i talentu, żeby po przesłuchaniu całości czuć się w pełni usatysfakcjonowanym. Wśród ośmiu, przynajmniej cztery to obezwładniające tip-topy. Autorski pop skonstruowany przez mega-wynalazcę Dirka Dresselhausa zwanego "Blachą", a to ze względu na dziwne instalacje na głowie, z którymi czasami pokazuje się na mieście. Naprawdę zdolny chłopak. Tarantoga byłby z niego dumny.

Pozytywność i bezpretensjonalne ciepło, jakie wypływają z tej płyty, zmobilizują do twórczego przeżycia dnia każdego malkontenta wstającego lewą nogą. Tym, których do życia nie trzeba zachęcać, Zoomer oferuje świetną, futurystyczną, a właściwie to współczesną wersję popular music. Wesoła, przyjemna, świeża, grzeczna, a przy tym delikatnie zwichnięta, jest bardzo kaloryczną propozycją dla tych, którzy nienawidzą tandety i prostolinijności w prostej muzyce. Jednocześnie ta płyta znaczy dla mnie o wiele więcej, niż troszkę za bardzo nadmuchany w moim odczuciu, smutny Neon Golden Notwista, wydany wcześniej pod tym samym labelem. Według mnie, Schneider TM porusza się w podobnej konwencji z większą gracją i nie smuci nawet wtedy, gdy robi się melancholijnie ("Cuba TM").

"Reality Check" otwiera krążek z wszystkim, co u Sznajdera najlepsze i nie chce mi się wierzyć, że na przyszłej płycie zrobi lepszą piosenkę. Zvocoderowany głos na tle gitarki, elektroniczne przeszkadzajki, świetna rytmika i doskonała melodia, a w środku gitara w roli drumli puszczona przez vocoder albo głos Dirka w roli gitary puszczony przez drumlę. Czasami nie wiem jak oni wyczarowują takie dźwięki. I jak to super brzmi! Ta piosnka dopiero po kilku razach ujawnia swój czar. Ale już za pierwszym zostaniecie trafieni moim ulubionym przez wiele wiele dni "Frogtoise". Bajecznie skomponowany kawałek, który trzeba usłyszeć, żeby uwierzyć, że się komuś nie przyśnił. Dirk śpiewa w nim o tym, jak we śnie połączył chirurgicznie żabę z żółwiem, a na teledysku, przypominającym Żwira i Muchomora w kolorze, przemierza podmokłe tereny, pozdrawia się z płazami, nurkuje w stawie, żeby wypłynąć z liściem lilii na twarzy i pobiec dalej. Uroczy chłopak. Tarantoga byłby z niego dumny.

Trzeci "Abyss" wcale nie zaniża dotychczasowego poziomu. Nie jest nawet słabszy! To kolejny mój tip-top na tym albumiku. A czwartego możecie sobie wybrać spośród małsowego "999", melancholii z melotronem w postaci "Cuba TM" i "Hunger" – kawałka, który zapowiada jak wieleu jeszcze znakomitych albumów tego producenta możemy spodziewać się w przyszłości. Ja wybieram "999".

Serdecznie polecam do porannej zupy mlecznej tę pozycję. Płyta dla miłośników dmuchania materacy, spadających gwiazd, świętych myszek (nieziemskich) i śniętego spokoju. Postawić Sznajdera radzę obok odtwarzacza. Uroczy chłopak, urocza płytka...

Krzysztof Zakrocki    
25 listopada 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja