RECENZJE

SBTRKT
SBTRKT

2011, Young Turks 7.0

Ja jako kot i kłębek tagów jako moja zabawka – tak miała wyglądać ta recenzja. Na szczęście jednak dla mnie i całego świata klawisz delete na klawiaturze zadziałał bez zarzutu, bezlitośnie kasując litery, słowa, a w końcu i całe zdania czegoś, co w swych najgorszych momentach przypominało oglądanie pod mikroskopem elementów zestawu Puzzle 1000 – rycina pt. "Aaron Jerome wymierza policzek naiwnemu recenzentowi" Ku memu zdziwieniu, z każdym skasowanym wersem coraz mniej było mi żal czasu straconego na mozolnym naciskaniu klawiszy w laptopie. Kiedy mizerykordia edytora tekstu po raz ostatni wbiła się w mglistą zbitkę wyrazową ''post-dubstep'', na mojej twarzy mimowolnie zagościł uśmiech. To nie jest post-dubstep. To post-modernizm.

Recenzując kawałek z Yukimi kręciłem nosem na niedookreśloność brzmienia londyńczyka, wyrażając obawy co do spójności nadchodzącej wielkimi krokami płyty. I wiecie co? Sukinsyn przez ten czas wcale nie nabrał charyzmy, a jednak udało mu się mnie przechytrzyć. ''Jeśli nie wystrzelałeś się przy ''Wildfire'' – tak naczelny sformułował warunek, pod którym przyznał mi tę recenzję. Otóż nie, nie wystrzelałem się, ale melduję, że najważniejszy pocisk chybił celu. Bo SBTRKT nie jest obliczone na charyzmę – jest obliczone na hedonizm. To on napędza ten album od pierwszych aż do ostatnich taktów w taki sposób, że po tych 41 minutach nagle już nikt nie pyta o brak własnego stylu. Weźmy choćby ''Heatwave'', z którym spotykamy się już na starcie – oto mamy przed sobą kawałek, który brzmiąc z jednej strony jak Pantha du Prince, z drugiej jak Cinematic Orchestra, a z trzeciej znowuż jak Joker, ku zdziwnieniu całej sali powoli podnosi się, robi parę niepewnych kroków i w końcu wyrzuca z siebie kubrickowskie ''Mein Fuhrer, I can walk!''. A przecież na papierze wydawało się się, że nie ma szans, że klej trzyma wyłącznie na słowo honoru. Tymczasem Brytyjczyk bez większych nerwów dowozi nas swoim kolorowym składakiem do końca i dopiero przy ''Go Bang'' wszystko zaczyna spektakularnie rozłazić się w szwach, nie wytrzymując dorzucenia do i tak kipiącego tygla arabskich rytmów. Sprawność, z jaką Jerome prześlizguje się między gatunkami i odniesieniami, jest godna podziwu – SBTRKT na pierwszy rzut oka wydaje się być wręcz jednorodne, w rzeczywistości od jednorodności będąc jak najdalej się tylko da.

Właściwym wydaje się wspomnieć o zaproszonych wokalistach, bo jeśli ktoś posiada tutaj jakąkolwiek osobowość, to oni. Yukimi, Roses Gabor, Jessie Ware i zgarniający wśród tej grupki palmę pierwszeństwa Sampha ratują ten materiał nie raz i nie dwa, odwracając uwagę od napieprzającego w tle kalejdoskopu brzmień, choć w tym momencie propsy zbiera również zmysł Jerome’a do dobierania sobie współpracowników. Nie jest co prawda tak, że Brytyjczyk nie daje sobie rady samemu – ostatecznie w ''Ready Set Loop'' udowadnia, że pod afrykańską maską kryje się nie byle kto, ale przez większość czasu przed reflektory zdecydowanie woli wypychać swych gości, samemu przyjmując rolę którą jego pobratymcy określiliby zapewne mianem "power behind the throne".

Tym, co najważniejsze w przypadku zestawu kawałków, które dostajemy na SBTRKT, jest to, że są one zwyczajnie... przyjemne. W elegancki, nienachalny sposób każdy z nich emanuje hitowym potencjałem, wzmocnionym dodatkowo warsztatową precyzją. Kilkakrotnie już złapałem się na mimowolnym nuceniu ''Trials of the Past'' czy ''Pharoahs''. Dodajmy do tego wspomnianą już, niemal perfekcyjną iluzję homogeniczności (która to iluzja jest chyba obligatoryjnym elementem popu na prawdziwie wysokim poziomie), a otrzymamy jedną z równiejszych i ciekawszych płyt tego roku. 7.0. Panowie i Panie, 7.0.

Marcin Sonnenberg    
15 lipca 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie