RECENZJE

SBTRKT
Save Yourself

2016, self-released 5.7

Ratuj się, kto może! – jak nakazuje nam tytuł nowego albumu SBTRKT, ale i sklecony przez niego manifest. Ale zaraz, zaraz, to jednak nie album, tylko zbiór tracków przygotowany dla fanów specjalnie po to, aby nie musieli czekać wieków na kolejny longplay, bo z wydawaniem tych raczej Aaron Jerome się nie spieszy. Artysta kojarzony przez swoje maski, które miałyby mu umożliwić zachowanie anonimowości, a słuchaczom ułatwić skupienia się li tylko na muzyce, pisze wypracowanie, w którym uczula na sytuację socjopolityczną na świecie i ogólny smutek/melancholię. Zaczynam przewracać oczami. Ale pora nacisnąć "play".

Najpierw mamy "Gemini", które tak na chwilę przed rozpoczęciem pierwszej minuty zaczyna mi przywodzić na myśl podopiecznych PC Music: easyFun czy Hannah Diamond. Ale wrażenie mija szybciutko, bo kawałek z czasem zaczyna nabierać mroczności, po to aby zakończyć się w rytm powietrza wydmuchiwanego z balona.

Drugie miejsce na trackliście zajmuje singlowe "Good Morning", którego już początkowe dźwięki zmusiły mnie do odświeżenia Lantern Hudsona Mohawke, a zwłaszcza "Very First Breath". U SBTRKT na wokalu nie pojawia się Irfane, ale The-Dream, który wznosi się na wyżyny swojego smutku i melancholii. Swoją drogą jeśli chodzi o featuringi na Save Yourself, to The-Dream wiedzie tu prym – pojawia się jeszcze w drugiej połowie krążka. Najlepiej tu operować właśnie tą wielkością, bo utwory z nim tworzą swoistą klamrę: najpierw "Revert", a na koniec "Bury You" – kawałki przedzielone są dwoma instrumentalami, które właściwie sprawiają wrażenie, jakby miały jedynie funkcję poczekalni na finał.

Na trójeczce kolejny singiel i kolejni goście. W "I Feel Your Pain" pojawia się obolały D.R.A.M. i rozdzierająco smutna Mabel – córka Neneh Cherry i producenta Massive Attack: Booga Bear. SBTRKT zapowiadał w manifeście, że nie chce być obojętny na cierpienie dokoła – jak mówił, tak zrobił, okej. Wokale chwytają, po pewnym czasie zaczynam nucić.

I wreszcie mamy "TBD", czyli stały punkt programu, jeśli chodzi o wydawnictwa SBTRKT (cały czas wystrzegam się terminu "album"), a mianowicie mowa tu Sampha. Swoją drogą od czasu debiutu Aarona Jerome, koleś zaliczył trochę tych kolaboracji, bo i Drake, i Jessie Ware, i siostra Beyoncé. Trochę tego było. Ale wracając do kawałka, to w jakiś sposób przypomina mi "Sleep Sound" Jamiego xx, albo "The Rest Is Noise" – na zasadzie kontrastów czy coś.

Myślę o tych wszystkich utworach i dochodzi do mnie, że w pamięci utkwiły mi głównie soulujące wokale, rzewne teksty, w takim razie co z muzyką? No właśnie też się zastanawiam. I zaczynam myśleć, że po wydaniu debiutu SBTRKT jakby wypuścił z siebie całe powietrze. Zarówno Wonder Where We Land, jak i teraz Save Yourself to krążki jak najbardziej poprawne, ale tak naprawdę niewnoszące niczego ciekawego. Wiem, że tę londyńską świężynkę zapamiętam, ale raczej głównie dlatego że przesłuchałam ją parę razy na potrzeby napisania tego tekstu, w innym przypadku po tygodniu już bym o niej nie pamiętała, nie wspominając już w ogóle o umieszczaniu w jakichś rocznych topkach. A może jednak sęk tkwi w tym, że tak jak SBTRKT tłumaczył: to nie jest album? Może w takim razie wyda coś jeszcze, co z czystym sumieniem będzie można określić tym mianem, a do tego będzie czymś więcej niż tylko solidnym chlebem razowym?

Agata Kania    
18 kwietnia 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie