RECENZJE

Savages
Adore Life

2016, Matador 6.7

Uwaga, uwaga! Wielki test drugiej płyty! Debiut mocno daje radę, ale to następny album wszystko zweryfikuje. Kto to w ogóle wymyślił? Serio, popatrzmy na jakieś pierwsze z brzegu przykłady podważające tę tezę. Jeśli ktoś, idąc tym tropem, odpuścił kolejne krążki Davida Bowiego po dwóch pierwszych raczej średnich (w porównaniu do dalszych dokonań Jonesa) wydawnictwach, musiał później mocno zastanowić się nad słusznością wyżej wspomnianej teorii. W dwóch początkowych nagraniach Flaming Lips też raczej trudno było się zakochać - na naprawdę flagowe dzieła trzeba było poczekać do drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych. Hola, hola, drogi kolego! Tu chodzi o oddzielenie ziaren od plew: po wymiatającym starcie trzeba potwierdzić formę! Oczywiście, ale nawet z takim nastawieniem nie unikniemy pomyłki. Patrz A Saucerful Of Secrets, które to ustępowało klasycznemu debiutowi Floydów o jakieś milimetry, a do dziś nie jest traktowane z należytym szacunkiem. Przykłady można mnożyć, to tylko parę nasuwających się najszybciej. Niezbadane są koleje losu poszczególnych dyskografii tego świata.

Wróciłem sobie jednak do debiutu Brytyjek z Savages przed zabraniem się za Adore Life. Wróciłem po dość długim rozbracie z tą powszechnie (słusznie zresztą) wychwalaną płytą. Pamiętałem, że największe wrażenie robiła na mnie prędkość i moc z jaką ten skład gnał przed siebie, torując sobie drogę za pomocą szalonego napędu sekcji rytmicznej i ciężkich, tnących powietrze gitarowych riffów. Właściwie nie zdziwiłbym się gdyby po zdjęciu maski demonicznemu gitarzyście w jednej ze scen ostatniej części Mad Maxa ukazało się nam oblicze Gemmy Thompson. Odbierałem ten album głównie na poziomie zapamiętałego realizowania misji, którą sugerowała już okładka z mocnym manifestem – nie umniejszając oczywiście klasy środkom wyrazu, których użyły cztery panie.

Właściwie to zaczyna mi odpowiadać to całe zamieszanie z drugą płytą. Nie muszę przynajmniej doszukiwać się tysiąca mniej lub bardziej trafionych odniesień brzmieniowych. Tutaj muszę zgodzić się z przedmówcami — na post-punkowe wygibasy spod znaku Gang of Four brzmiało to może przez kilka otwierających taktów "Shut Up". Wystarczy więc porównać te dwa nagrania i obowiązkowo zakomunikować obniżkę formy lub obwieścić zdany egzamin i przyzwolić na dalsze śledzenie losów tego bandu. To mi się podoba!

Longpley numer dwa już nie uderza z taką intensywnością. Choć zdjęcie zaciśniętej pięści z oprawy płyty znów zapowiada jazdę bez hamulców, po closerze nie czuje się obezwładnienia, które zapewniał odsłuch Silence Yourself. Mieliśmy na tamtej płycie wyciszone momenty ("Dead Nature" czy zamykający "Marshal Dear"), to jednak były one tylko chwilą dla odbiorcy, żeby złapać oddech przed kolejnym ciosem. Słuchając "Adore", "Slowing Down The World" czy "Mechanics" zastanawiam się czy dziewczyny tym razem nie zapewniają samym sobie momentów wytchnienia czy może po prostu lekko zmodyfikowały repertuar swoich trików. Tekstowo też jakby trochę wyluzowały. Pośród zwięzłych, zaangażowanych komunikatów z debiutu raczej próżno byłoby szukać nowych, gorzkich deklaracji Beth o jej uwielbieniu dla życia. Jedno pozostaje niezmienne – to nadal świetne utwory. Weźmy instrumentalne uzupełnianki po wybrzmieniu tytułowych słów ze wspomnianego "Slowing Down The World" albo cały arsenał charakterystycznych zagrywek w "Sad Person" ze start/stopami perki, pulsującym basem i śmigającą gitarą przybierającą różne postaci na potrzeby poszczególnych momentów. Dwa kawałki, które wyróżniają się tu najmocniej to "Adore" i "Surrender". Pierwszy z nich to spokojnie płynąca ballada z nienaturalnie długą środkową pauzą i finałowym crescendo, która balansuje na cienkiej linii. Łatwo można by popaść w śmieszność przez nadmiar patosu, a jednak kompozycja ostatecznie jakimś sposobem się broni. "Surrender" w ogóle z tym mięsistym basem wchodzi jak "Civilization" Justice, Thompson kontruje jednak te gęste doły śmiesznie skaczącymi flażoletami, co daje razem ciekawy efekt, i prowadzi kawałek w nieoczekiwane rejony. W dotychczasowym katalogu zespołu nie znajduję większej ilości takich zabaw.

Spieszę więc odnotować lekki spadek formy żeńskiego kwartetu z Londynu. Dziewczyny nie porażają już tak na całej długości długograja, ale dalej zapewniają momenty, którymi można się zachwycić. I jeśli nie przeszkadza Wam, że nagrały one najpierw płytę fantastyczną, a tym razem "tylko" bardzo dobrą, możecie spokojnie czekać na więcej. Ja przynajmniej tak zrobię.

Stanisław Kuczok    
15 lutego 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie