RECENZJE

Sasha Strunin
Sasha

2009, Sony Music 5.0

No i proszę, ta polska pop-młodzież to jest jednak całkiem zdolna, kto by pomyślał. W ubiegłym roku uroczym krążkiem uraczyła nas nastoletnia Iza Lach, teraz przychodzi czas na ex-wokalistkę Jet Set. Sasha, w przeciwieństwie do Izy, rzadko stawia na tworzenie klimatu, bardziej interesuje ją nadążanie za modnymi trendami w mainstreamowym popie. I już sam ten fakt wypada dostrzec i nieśmiało pochwalić. Pozornie to przecież wydaje się całkiem proste i zrozumiałe – Polska potrzebuje komercyjnego popu na odpowiednim poziomie jak Niemcy kiełbasy i piwa. W zalewie tandetnych lasek rodem z wiejskiej dyskoteki, w typie Mandaryny czy Gosi Andrzejewicz, pojawienie się postaci pokroju Strunin może zwiastować jakieś odwrócenie tego nieszczęsnego trendu. Wprawdzie na jej debiutanckim albumie zdarza się kilka drobnych wpadek, ale wynikają one, jak przypuszczam, z braku doświadczenia i relatywnie młodego wieku wokalistki, zatem do pewnego stopnia można przymknąć na nie oko.

Oczywiście wypada zacząć od tego, skąd panna Strunin się wzięła i w jaki sposób w wieku niespełna dwudziestu lat doszła do miejsca, w którym teraz się znajduje. Ta historia jest zresztą dosyć ciekawa – Sasha wychowała się w "rodzinie artystycznej", jej dziadkowie byli mocno związani z teatrem, a rodzice ze sceną operową w Rosji. Los skojarzył ich jednak z Teatrem Wielkim w Poznaniu i chyba tylko dzięki temu również i bohaterka naszej recenzji związała się z Polską. Profesjonalną przygodę z muzyką rozpoczęła mając 16 lat – wtedy właśnie została współzałożycielką grupy Jet Set. Udział Sashy w tym duecie należy ocenić mimo wszystko dosyć pozytywnie. Wprawdzie dorobek grupy nie może powalać, ale już sam udział w niej był wartościowy, głównie przez wzgląd na możliwość zebrania scenicznych doświadczeń i jako-takiego otrzaskania się w krajowym showbizie. Innym atrybutem z tego wynikającym było to, że wokalistka została dostrzeżona i miała szansę zaistnieć w świadomości szerszej publiki. Nie mówiąc już o kontaktach, które mogła wtedy wyrobić. I to wszystko w kontekście jej debiutanckiego albumu ma spore znaczenie. Oczywiście na jej wizerunku tkwi też ryska w postaci udziału w programie "Bar" (eee, ale jak i po co) i jakieś rozbierane sesje zdjęciowe (aczkolwiek co do tego ostatniego zarzutu to mam poważne zastrzeżenia, czy to aby na pewno negatywny aspekt postaci).

Prace nad solowym debiutem Sashy trwały blisko rok, zaangażowani w nie byli ludzie odpowiedzialni za nagrania Jet Set; nowością był udział niejakiego Michaela "!Bazza" Jacksona, "podobno" mającego na koncie jakąś współpracę z Timberlakiem i Nasem. Szukając o tym jakichkolwiek informacji w Internecie jedyne na co wpadłem to doniesienia kilkunastu polskich serwisów tępo przepisujących po sobie takiego newsa. Być może współpraca z Justinem polegała na podawaniu kawy Mosleyowi i przynoszeniu wafelków Pharellowi, bo na żaden kawałek napisany we współpracy z Jacksonem przez Timberlake’a i spółkę nie natrafiłem. Nie ma co spoglądać na typa przez pryzmat rzekomych osiągnięć, skupmy się na tym, co zrobił z Sashą na jej albumie.

Płyta liczy sobie 10 tracków w wersji "podstawowej" + 3 bonusy. Zacznijmy jednak od opakowania. Zdjęcie samo w sobie jest świetne, ale cały layout okładki wygląda jakby stworzył ją zwycięzca jakiegoś gimnazjalnego konkursu informatycznego. Napis kompletnie tam nie pasuje, rodzaj czcionki sprawia wrażenie potwornie topornej. Można było to zrobić lepiej, z takim zdjęciem, no ludzieee, it’s not that hard, you know?

Niemniej ma to w sumie małe znaczenie, w końcu muzyka i sama powinna się obronić, więc skupmy się na merytorycznej zawartości krążka. Z wspomnianych dziesięciu tracków połowa została nagrana w języku polskim (a to nowość, bo Jet Set grali tylko po angielsku przecież), 4 w narzeczu Szekspira, a jeden po rosyjsku. Do tego jest jakiś niemiecki rap DJ Tomkka, więc huhu, trochę nieświadomie mamy tu małą gratkę dla lingwistów czy coś. Główne założenia dotyczące rozwiązań brzmieniowych należy rozpatrywać jako próbę nadążania za modnymi w zachodnim popie od lat trendami. O pierwszym singlu "To Nic Kiedy Płyną Łzy" pisałem już w rubryce Porcast, tak w skrócie to jest to fajna zżyna z Scherzingerowego "Baby Love". Pozostałe kawałki mają nieco inne, ale, co trzeba zdecydowanie podkreślić, bardzo różnorodne inspiracje. Bo takie "Party Like A Rockstar" to przecież agresywniejsza Aguilera ze Stripped, "My Body’s On Fire" zdradza inspiracje imprezowymi trackami Timby, "Maja Mieczta" to jakieś drobne puszczenie oka w kierunku fanów TaTu, ale na płycie są też kawałki, które przypadną do gustu fanom Varius Manx spod znaku "Piosenki Księżycowej" - "Zaczaruj Mnie Ostatni Raz" czy "Chcę Zatrzymać Czas".

Lirycznie Sasha obraca się w niejako typowych dla teen-popowych gwiazdek klimatach. Ta tekstowa różnorodność jest całkiem intrygująca, bo raz Strunin brzmi jak nastolatka ze złamanym sercem ("Zapomnieć Chcę"), a z kolei w takim "My Body’s On Fire" jak dojrzała i pewna siebie lasia przed wyjściem na weekendowy clubbing. Są fajne, miejscami chwytliwe mostki (ale gdzie im tam do przebojowości tych w wykonaniu Lindsay Lohan czy Brie Larson), ładne melodie, ciekawe aranżacje (zwłaszcza zmieniona wersja "Zaczaruj Mnie Ostatni Raz" brzmi naprawdę profesjonalnie), także wszystko to, co w popie prezentowanym przez niespełna dwudziestoletnią dziewczynę znaleźć się powinno. Jeszcze lepszy odbiór krążka uniemożliwia tylko to, że przecież my to wszystko znamy, bo na Zachodzie dziewczyny tak grają od ładnych kilku lat.

Było o atutach, to teraz krótko o mankamentach albumu. O zbyt oczywistych inspiracjach napisałem aż za dużo, ale oprócz tego trochę irytuje mnie ten rap DJ-a Tomkka w "My Body’s On Fire". Piosenka, jak wskazuje tytuł, jest po angielsku, tymczasem ten urodzony w Polsce raper dorzuca raz zwrotkę po niemiecku, a w wersji alternatywnej kawałka po polsku. Kompletnie nie wiem po co, bo w ogóle nie pasuje to do tego utworu. Jak już "psuć to rapem", to wypadałoby zaprosić kogoś kto posługuje się angielskim, a takie zapraszanie Tomkka tylko na zasadzie "że przypadkiem akurat był w studiu" średnio się broni. A ten polski rap to chyba jakiś nieświadomy ukłon w kierunku fanów Obrońców Hardkoru, no bo badajcie sami : "Wjeżdżam do klubu ziom / Patrzę, już wszyscy są", "Lalki w kolejce do kibla pudrują nosy / No proszę", "W powietrzu czuję sex / Nie ta, nie ta, next, next, next". No kurwa! MC Błażej w kolejce po Hustlera składał lepsze wersy.

No i to właściwie tyle – możemy z satysfakcją odnotować, że komercyjny pop na niezłym poziomie powoli, powoli zbliża się do naszego kraju. Co do Sashy Strunin to mam sporą nadzieję, że po nagraniu solowego albumu w tak młodym wieku wyciągnie z całego procesu temu towarzyszącemu wnioski i w przyszłości zaprocentuje to jeszcze solidniejszym krążkiem. Fajnie odnotować, że pojawiła się na polskiej scenie dziewczyna, która inspirując się światową czołówką popu potrafiła wydać zadowalającą płytę. Oby tylko pamiętała, że Lady GaGa to nie jest i nigdy nie będzie dobra inspiracja.

Kacper Bartosiak    
17 października 2009
BIEŻĄCE
AFK & BludworkLoyalty N Service (EP)
Burial"Claustro"