RECENZJE

(Sandy) Alex G
House Of Sugar

2019, Domino 7.8

W wielu tekstach na temat House Of Sugar powtarza się stwierdzenie, że to nie tylko zdecydowanie najrówniejszy album Alexa, streszczenie jego dyskografii, ale i jednocześnie poszerzenie dotychczasowych wątków. Sandy cały czas jednak meandruje i meandrowanie właśnie jest najważniejszym mianownikiem jego muzyki. To dryf z outsiderską gracją: minione charaktery, miejsca wydarte rzekomo świetlanej przeszłości rodem z Levittowns, stanowią drogę i niedookreślony kierunek muzycznych zakoli, bo brak w tej metodzie jednego celu, niepotrzebnej ostateczności; to zbieranie po drodze tego, co ciekawe, żywe, intensywne lub jeszcze się "tlące", w jakiś sposób usadowione w muzycznym momentum, ale jednocześnie delikatnie poza nie wykraczające. Nawet najbardziej modernistyczny "Project 2", który zaczyna się jak ambientowy miks Nite Jewel, niewiele dodaje do twórczości OPN i Jamesa Ferraro, ale piosenkowy kontekst House Of Sugar, jego stylistycznych oraz formalnych zatoczek, dodaje temu trackowi skromnego animuszu: poprzez futuryzm ledwo co wyparty (przez co bardziej ludzki, znajomy), przeterminowany zaledwie o miesiąc, ale już nieco zakurzony; na tym albumie "nie cel jest ważny, a droga". Wijące się rozpaczliwie "Near" nigdy nie trafia tam, gdzie sobie wyobrażamy, zresztą dzieje się to nawet na szerszym planie: płytę wieńczy nieprzystająca do reszty, uspokajająca live wersja "SugarHouse", bardzo przypominająca soft rockowe Wilco.

Te liryczno-muzyczne zakręty są często jak wijący się strumień świadomości (czasem wręcz kozelkowo-sufjanowy: "He was a good friend of mine / He died / Why I write about it now? / Gotta honor him somehow"), który nigdy się nie kończy, a jeśli ktoś go na chwilę przerwie (jak w openerze), w głowie pozostanie niedosyt, który na przestrzeni całego albumu z czasem nabierze nowego znaczenia, poszerzając tym samym doświadczenie kluczenia. Jeśli już mowa o "doświadczeniu": specyficzna psychodelia też ma tutaj swoje ważne miejsce ("Taking"), obrazy w drodze są przecież rozmazane ("Walk Away"). "Bad Man" łączy w sobie przyspieszone barokowe r&b lat 90. i breakbeaty ubrane w estetykę freak country. To odrealnienie w wersji Sandy'ego objawia się głównie poprzez dość awangardowe połączenia, takie jak monumentalny alt folk i dziecinna, wokalna depersonalizacja smutnego cyfrowego r&b Franka Oceana ("Sugar"). Nie brak też fragmentów bardziej klasycznie indierockowych ("In My Arms"), z tym że nie ma w nich muzycznego wielkomiejskiego zblazowania "kontynuatorów tradycji 90s", to raczej uzasadniony dystans "songwritera z przedmieść": Springsteen łapiący drugi oddech w Nebrasce, Lucinda Williams zjeżdżająca Stany tam i z powrotem. House Of Sugar nigdy nie popada też w przesadę w używaniu pierwiastka retro, choć na przestrzeni jednej piosenki usłyszymy przecież waitsowsko-newmanowską groteskę i pastoralny alt folk / country poprzetykany dreampopowymi zjazdami ("Southern Sky"). No właśnie, jeśli flirty z country ("Crime"), to bardziej slowcore'owe, podkreślające, że Red House Painters było dla Kozelka przystankiem w drodze do wrażliwości americany, a dynamiczne wycinki ze zdarzeń oczyszczają lepiej niż myślowe schematy i nawyki. Zresztą jest w tym podejściu coś ze współczesnego pop country, które mimo dominującej retromanii jako jeden z ostatnich gatunków wciąż naznaczone jest nieco piętnem bycia retro (tak, pamiętam o country trapie), przeszłością "nie do odtworzenia", ale jednak coraz częściej broni się (Musgraves) podkreśleniem tych ciepłych stylistycznych elementów, które przywodzą na myśl coś w rodzaju ufności, przekonania, że świat gdzieś tam może być przytulny, taki jak mityczne "dawniej", jednak nigdy konserwatywny, identyczny. Dopiero balansując na tej linie docenia się tak pozornie dalekie rzeczy, jak songwriting Golden Hour i poczciwość folkowych chórków "Cow".

Zarówno w tekstach, jak i w muzyce House Of Sugar nie znajdziemy przesadnego optymizmu, to wprawdzie dryfujące, nieporadnie kluczące, ale jednak często "wychodzenie z opresji", czasem nawet nieco rozpaczliwe ("Let me kill my mind"), falujące odpychanie się od przeszłości ("Someday I'm gonna walk away from you (...) / Not today, not today"), bo tylko szukająca nowych zakrętów, różnorodna w swojej istocie kombinacja czasu (z zaznaczeniem, że nigdy nie płynie tak samo) oraz życia (z podkreśleniem, że jest ich wiele) może być podstawą długodystansowej wędrówki. Wspomniane już "Walk Away" od samego początku wprowadza tę narrację, która bardziej niż na pozornie trwałych manifestach, popadaniu w skrajności, skupia się na refleksyjnym, acz zmiennym dryfie, rozchwianej przygodności i ulotnie potoczystym stylu ("What river runs deeper than this? / Stamping all cigarettes, opening fists"), na elementach, które mają również za zadanie odwrócić uwagę w stronę detali, swoistego podrealizmu ("I will remember the fire / In the southern sky"), a są to szczegóły tak sformatowane przez nawyki, że aż obce ("Gather up pieces of paper / I put my eyes to the world / Watching the buckets of lovers"): każda rzeka uderza, ale i zmywa, każde lekarstwo to trucizna, a każda trucizna to lekarstwo, należy tylko pamiętać o oświecającej empatii i zrozumieniu nawet wobec rzeczy trudnych do zaakceptowania, bo – wracając – rzekoma ostateczność "dobrego życia", to nic innego jak ciągła korekta, szereg mikroterapii ("Good people got something to lose (...) / Good people gotta fight to exist").

Jak pewnie zauważyliście, nawet samo pisanie o House Of Sugar wprawiło mnie ostatecznie w mętlik. No ale cóż, to płyta jednocześnie "wolna" i "szybka", otoczona akustycznym kultem Elliotta Smitha ("Hope"), odznaczająca się trudnym do określenia nastrojem, "ambientem", a ja – banał – słucham, by poczuć. Jest na swój sposób wyjątkowa, brak w niej prostej melancholii. To nie naiwna, ordynarna refleksyjność, ani też upajanie się minionymi stratami ("You can write a check in my name now / Eddie take the money and run"). Od House Of Sugar bije komunikat, że tylko ta rozmowa i jej posmak są ważne, osoby spotykane po drodze też są ważne, pod warunkiem, że nie – jak bardzo trwałe – ale w jaki sposób trwałe są wspomnienia o nich ("Lena / It's my only plan / Eating from the palm of your hands"), więc może trzeba po prostu iść zamiast ciągle tylko wychodzić, a może po prostu iść zamiast ciągle opisywać, a może w ogóle przestać opisywać, myśląc o pisaniu, bo błądzenie o muzyce (i przez muzykę: "You know good music makes me wanna do bad things") to często przecież tylko chmura, brzydka lub ładna pogoda, jej prognoza, wyrwa między temperaturą a temperaturą odczuwalną, powoli tracące ostrość uczucie, trwanie w rozkojarzeniu między rzadkim pięknem dogasającego zachodu jesiennego słońca a trudną codzienną miłością do matki ("I see the red sky / Beyond our state line / Over mama's minivan / Rushing to work on time / I see the red sky / You always ask me why / I find myself on corners / Every once in awhile").

House Of Sugar jest skromne, ulotne, nie wyłania się jak nuty i słowa na kamiennych tablicach. Pisałem już o meandrach i odrealnieniu ("Sugar"). Muzyka i słowa, które stają się ciałem, zdarzają się niezwykle rzadko, codziennie słuchamy i mówimy, by w końcu zapomnieć, przysnąć, zrobić miejsce na kolejne funkcje słów i działań, a dobrze zasygnalizowany trud wypowiedzenia pewnych myśli nie wyklucza obopólnego zrozumienia ("These are titles I can hardly speak / Are we bound here to an echo tinted / Blue and green? / Let my memory run backwards / So together we may lie"). Dopiero błąkając się nieco, mózg zakręca, pracuje tak, jak powinien, śnienie to także kreatywność potrzebna po przebudzeniu, ale czasem też i bolesne zadanie. Sen to życie, życie to nie sen ("I count black sheep on my way to sleep / I can’t pick and choose these devils in my Patterned dreams / When I wake up I am smiling / Now I will not change my mind / I will remember the trouble in my / Brother's eye"), więc próbujmy różnych form meandrowania, to zapomniany obowiązek, być może jedyne remedium na nieuniknione zniekształcanie faktów, chory mętlik. Ja piszę/pisałem i powoli już wypisałem się w tym właśnie strumieniu, od wyrazów zauroczenia do miłości (1:54 w "Gretel"), co piosenkę doświadczałem radości w smutku i smutku w radości, bo słuchając tego albumu odczuwam moje ulubione uczucie graniczne: kruchy, przyjemny/nieprzyjemny balans, żywe saudade, które oderwane od idei bezkresnego morza i wszystkich niemożliwych tęsknot staje się tym, czym być może powinno się dziś stać. Jest jak senne przebudzenie na przedmieściach wczesną jesienią, zaspane spojrzenie na ulotny, nieco lepszy dzień w życiu gubiącej się, dystymicznej osobowości, dzień, który już teraz należy chłonąć wszystkimi zmysłami, chwila determinacji w niepewnej pogodzie ducha ("You will be my alibi / Wait until the dawn"), uśmiech drgający w kącikach ust ("When I wake up I am smiling"), krótka lekcja troski ("Why I write about it now? / Gotta honor him somehow"), wybranie i poznanie ważnego szczegółu ("That's how she found me this morning (...) / Lifted my spoonful of sugar"), zmierzenie się z nim z pogodnego dystansu – by znów nie powrócić do przypisanej choroby, mętnej świadomości mdlącej, okropnie długiej drogi: "I don't wanna go back / Nobody's gonna push me off track / It’s calling me back / House of Sugar".

Jakub Bugdol    
24 września 2019
BIEŻĄCE
Fontaines D.C.Dogrel
Lana Del ReyNorman Fucking Rockwell!