RECENZJE

Samamidon
All Is Well

2008, Bedroom Community 7.0

Zaczęło się od "Saro". Jakoś w styczniu. Zmęczony muzyką, jak zapewne każdy uczestniczący w jakichkolwiek podsumowaniach końcoworocznych, nie paliłem się do poznawania nowych dźwięków. To wtedy wyczerpany i znudzony odpaliłem znaleziony gdzieś w sieci numer opowiadający wzruszającą historię imigranta wyśpiewującego swoją tęsknotę za dziewczyną, która została gdzieś daleko, za morzem. Nie wiedziałem wówczas kim jest Amidon, nie wiedziałem też, że to pieśń mająca swe korzenie w górskich łańcuchach Appalachów sprzed wielu, wielu wieków. Wiedziałem jedynie, że czas się zatrzymał; że to piękny utwór, do którego będę wracał cholernie często. Gdzieś zbliżony emocjonalnym ładunkiem do tego, co dzieje się na I See A Darkness, w podobny sposób mówiący o rzeczach najważniejszych w prostej, zachwycającej manierze.

Jest zresztą Sam Amidon, czy też Samamidon, spadkobiercą Bonniego w prostej linii. Nawet współpracowników dobrał sobie tych samych co brodacz na albumie The Letting Go. Na szczęście udział Valgeira Sigurdssona oraz Nico Muhly'ego w nagrywaniu All Is Well zasługuje na zdecydowanie większą pochwałę niż ich nachalna wszechobecność na wspominanej płycie Oldhama. Tutaj smyczkowe aranżacje nie rażą, użyte są subtelnie, ze smakiem, świetnie wypełniają tło i uzupełniają się z wokalem Sama. A kawałek "Saro", choć świeci zdecydowanie najjaśniejszym blaskiem, nie jest wyjątkiem, lecz jednym z wielu znakomitych utworów odkurzonych przez młodego artystę na jego drugim solowym krążku. Nie będę udawał, że cokolwiek mówią mi tytuły dziesięciu tracków zawartych na All Is Well. Nie wychowywałem się w Vermont w cieniu Appalachów, więc nie wiązą mnie z tymi tradycyjnymi piosenkami żadne emocjonalne więzi w przeciwieństwie do Amidona i Muhly'ego, którzy zapewne pół dzieciństwa spędzili w towarzystwie tych songów i postanowili oddać im hołd jednocześnie rozliczając się z demonami przeszłości. Kto jest autorem tych pieśni nie ma jednak żadnego znaczenia. Amidon śpiewa bowiem z tak dużym zaangażowaniem, że trudno mi teraz wyobrazić sobie te utwory w jakimkolwiek innym wykonaniu. Młody folkowiec, niczym stary mistrz Johnny Cash na niezapomnianych albumach z serii American Recordings wypełnionych w większości coverami, uczynił te numery na wskroś swoimi naznaczając je piętnem własnych doświadczeń. Niezależnie od tego czy śpiewa o utraconej miłości, czy o tych którzy odeszli, zawsze ma się wrażenie, że opisuje swoje własne uczucia; że nie jest tylko biernym odtwórcą, lecz daje bardzo wiele od siebie. Jakby zapraszał słuchaczy do swoistej gry mówiąc: "I cóż z tego, że te songi powstały kilkadziesiąt, być może kilkaset lat temu – przecież każde pokolenie może odkryć je nowo, wszak dla każdego mogą one znaczyć coś innego".

I tak "Prodigal Son", opowieść o synu marnotrawnym z powtarzanymi wielokrotnie słowami "I believe I'll go back home", jawi się swego rodzaju rozliczeniem Sama z jego własnym życiem, czymś na kształt wyjaśnienia dlaczego zdecydował się zaśpiewać piosenki, które stały się nie-wiadomo-kiedy-nie-wiadomo-jak częścią jego osobowości. Jakby godził się z tym, że od tradycji, od tego co nas ukształtowało nigdy się nie ucieknie. Pięknym fragmentem jest także tytułowa pieśń "All Is Well", przejmujące wyznanie człowieka pogodzonego ze śmiercią, nie rozpaczającego nad tym, że dany mu czas właśnie się kończy. Znów przypomina się Bonnie i jego "Death To Everyone". Na zasadzie przeciwieństwa działa "O Death" z rozpaczliwą prośbą "Please spare me over just another year". Z tematem ostatecznym mierzy się także Amidon w otwierającym album utworze "Sugar Baby", w którym z bólem w głosie deklaruje "I'll rock the cradle when you're gone".

Posępna, niezwykle smutna to płyta, bez cienia wątpliwości. Przygnębiające wrażenie potęgują wspominane aranżacje Sigurdssona i Muhly'ego znakomicie budujące nastrój podskórnego niepokoju. Tu liczą się drobne szczegóły – jak choćby ciche, pełne napięcia uderzenia w fortepian ledwo słyszalne w "Little Johnny Brown" czy przejmująca partia skrzypiec w "Saro". Bez przesądzającego o wyjątkowości krążka dotyku Valgeira oraz Nico All Is Well byłoby zapewne po prostu kolejnym, całkiem dobrym folkowym wydawnictwem kolejnego utalentowanego singer-songwritera (choć w zasadzie przy okazji Sama druga część tego sformułowania nie znajduje zastosowania), o której łatwo byłoby zapomnieć. W dużej mierze dzięki udziałowi producentów jest zaś pierwszym tegorocznym albumem, do którego naprawdę chce się wracać, bowiem za każdym razem odkrywa się w nim coś nowego: choćby nie zauważone dotąd aranżacyjne rozwiązanie czy dźwięk, który wcześniej gdzieś umknął.

A propos pozostawania nie zauwazonym – Amidon funkcjonował dotąd gdzieś w cieniu, z dala od zainteresowania większej liczby recenzentów czy słuchaczy. Płyta All Is Well powinna to zmienić.

Tomasz Waśko    
5 marca 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie