RECENZJE

Sam O.B.
Positive Noise

2017, LuckyMe 7.0

Sam Obey wciąż funkcjonuje w mojej głowie jako jedno z cudownych odkryć błogosławionego roku 2013, jako wizjoner idący w szeregu z jakimiś KNOWER czy Kelelą i całą szajką jej podejrzanych producentów. Champagne Sound fascynowało wielowątkową, hauntologiczną nadbudową, a jednocześnie porażało kanonadą wyszarpanych zza firewalla hooków. Pstrokata przyszłość pukała do drzwi, ale w pakiecie z mglistą, zachowaną w formie przebłysków przeszłością – a więc na innych zasadach niż u rozkręcających się niedługo później kolesi z oficyn pokroju Mad Decent.

Tymczasem minęło kilka lat, a ostentacyjne widmo nostalgii kolejny raz przybiera wdzianko nowoczesności, z tym że nowoczesności zupełnie innej niż to, co kojarzy nam się z aliasem Obey City. Trudno jednak całkowicie zapomnieć o tamtym znakomitym projekcie: choć wydane pod innym szyldem i w zupełnie nowej konwencji, Positive Sounds wydaje się logicznym następstwem Merlot Sounds, które w obliczu intensywności Champagne Sounds brzmiało przecież jak spacer za rączkę. Tym razem dostaliśmy płytę wręcz ciepłą, pełną upbeatowych groove’ów i płomiennych melodii, operującą na subtelniejszej, ale wciąż przebogatej tkance, uzyskanej w dużej mierze przy użyciu – tutaj coś nowego – żywych instrumentów. W swoim nowym wcieleniu Samuel Obey bez cienia wątpliwości wywarza drzwi i zdecydowanym krokiem wychodzi do ludzi. I nie powiem – całkiem w smak mi takie transformacje.

Przede wszystkim Positive Sounds potwierdza, że – tak jak sugerował już redaktor Skowyra pisząc o "Common Ground" – nie mówimy o strzelającym na oślep, niedzielnym songwriterze ze smykałką do oprogramowania, a o kompozytorze z krwi i kości – a w dodatku takim, który dodatkowo lubuje się w podobnych rzeczach, co my tutaj na Porcys. Jest więc sporo Prefab Sprout czy Hall & Oates, ale to nie wszystko: singlowe "Revolve" to wykapane Jensen Sportag, "Nearness" brzmi jak wysłany kapsułą w kosmos Sufjan, a drugą część "Samurai" można by wkleić gdzieś na Abandonware Roman à Clef i nikt by się nie pokapował. Ale nawet gdy trudno o tak sprecyzowane skojarzenie – jak w przecudnej urody kołysance "Salt Water" – Sam karmi słuchaczy wrzynającymi się w pamięć melodiami oraz setkami instrumentalnych mini-wątków, które tylko jemu znanym sposobem pozostają ze sobą spójne i nie odrywają się bezwładnie od funkowych szkieletów utworów.

Chciałoby się rzec, że Positive Noise jest jak seria eksplozji owocowych smaków, ale nie byłaby to do końca prawda, bo choć od ogółu (struktura playlisty) do szczegółu (TE DETALE w poszczególnych piosenkach) Samuel wysyła sygnał dobrej zabawy, to nawet w takich okolicznościach ani na chwilę nie traci skupienia – przy całej hiperaktywności twórcy płyta pławi się w harmonii i logice. I przy okazji słucha się sama.

Wojciech Chełmecki    
27 września 2017
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie