RECENZJE

Salem
King Night

2010, IAMSOUND 6.3

RG: Bardzo lubię pisać recenzje zanim przesłucham płytę. Na przykład teraz, jak mi Wojtek przyspieszył ogarnięcie tej płytki, już sobie ułożyłem plan, że pogram sobie w pary i dopasuję oOoOO, Salem czy choćby jakiegoś losowego trójkąta do trójki z poprzedniego sezonu: Toro, Washed Out i Neon Indian. Problem jest taki, że gdyby postawić obie drużyny na wadze to reprezentacja chillwave'u poleciałaby zaraz w dół, a ci od witch house'u wystrzeliliby jak z katapulty w sufit. Że ta estetyka bardziej przypomina dubstepy? One też były fajniejsze, a startowy ciężar nazwisk z tamtej sceny przygniata nowych naśladowców. King Night ma parę dobrych momentów, jak zwolniony ciężki rap w "Tair" czy przebłyski delikatności w "Redlights", ale swoją oklapłością najbardziej przypomina tego kota:



KFB: Tak, King Night to mocno ciężkostrawne danie, które trudno przyswoić do końca za pierwszym razem, ale w całkiem prosty i przyjemny sposób można sobie z tego zestawu wybrać smaczne mięsko i olać nikomu niepotrzebne surówki. Prawdopodobnie o wyjątkowości tej grupy w największym stopniu stanowią znacząco różniące się od siebie gusta poszczególnych członków tercetu. Najstarszej z tego grona Harriet chyba bliżej do dream popu, Kevin dla odmiany ewidentnie fascynuje się rapem a najmłodszy z nich, Jack, odpowiada za gęste, przytłaczające brzmienie całości. Salem budują swoje piosenki gdzieś na przecięciu dubstepu i witch house'u, ale zwłaszcza kawałkom, z głosem Harriet podejrzanie blisko do czegoś, co można by nazwać czarnym jak smoła dream popem. Weźmy takie (fantastyczne skądinąd) "Redlights" – coś takiego mogłaby nagrać mocno zapomniana grupa Swallow, gdyby Mike Mason polubił zabawy z współczesną elektroniką. Tak "oczywiście" porywających momentów nie ma na King Night dużo, ale na przykład już za sam tekst refrenu i sposób zapodania go w "Trapdoor" należą się potężne brawa za odwagę. A co do porównań z chillwavem to mimo wszystko Rysiek chyba trochę przesadza – proponuję poczekać do lutego 2011 na witch house'owe Causers, wtedy pogadamy! Póki co kierunek rozwoju całości raczej mi się podoba a pamiętajmy, że i chillwave zaczynał u nas od szóstek.

AR: Inicjatorzy witch house'owej zadymki opuścili nawiedzoną posiadłość na pustkowiu i udali się do krainy jednookiego Jezusa na pielgrzymkę w klimacie apokaliptycznej, zwichrowanej duchowości, sprzedając napotkanym wędrowcom hexcore'owe luty. Goście się niby postarali o progres, zmienili brzmienie w stosunku do EP-kowego, piwnicznego, zyskując na gabarytach, w takim otwieraczu rozwiniętych do wymiarów katedralnych, ale jednocześnie mocno tę przestrzeń zamulili, nawtykali w nią złomu, zapaćkali bełkotem, oddalając się od pierwotnej oryginalności (czyli na przykład od "Redlights", które wyszło wcześniej na świetnej Water EP ), niekiedy trochę na modłę tegorocznego soundu Crystal Castles."King Night", czy "Hound" bez oporów korzystają z maksimalowej, ludycznej ekstatyczności. Prymitywizm pracuje na ich urok. Rozrośnięte noise'owe tła czasami zbliżone są do naparzań TV On the Radio z Return to Cookie Mountain. Z kolei początek "Release Da Boar" przywołuje Horse Rotorvator Coil. Z albumem klasyków okultystycznego industrialu łączy zresztą Salem więcej, zwłaszcza specyficzna powolność, rozstrojona majestatyczność temp i atmosfera metafizycznego chaosu. Salem sączy w te inspiracje aurę cybergotyckiej niesamowitości, wielkomiejskiej, chłodnej monstrualności i slumsowej grozy, prowincjonalności amerykańskiego Południa w odsłonie dekadenckiej. Jest tu miejsce i na dream popowe kołysanki dla dziecka Rosemary, i na hymny śpiewane przez shoegaze'owe chórzystki, i na zmulone nawijki wyciągnięte z southern hip hopowych bagnisk. Tyle że mimo eklektyzmu w doborze formalnym jazda odbywa się na dość prostych patentach, na pierwszy plan przebija się klimat: słucha się tego jak wzmocnionych przekazów mentalnych płynących ze sfer naznaczenia i wykluczenia, w których poczucie potępienia miesza się z pragnieniem oczyszczenia, syntetyzując się w przekonującej wizji ulicznego sacrofanum. Dźwięki chwieją się jak odurzona prostytutka, która około 17 rano z powodu niespodziewanego impulsu przekracza próg kościoła. Chóralne zaśpiewy koją na chwilę, by jednak ustąpić rozedrganym ciemnościom, ale już jakby bardziej oswojonym, mniej opozycyjnym wobec przebitek światła. Ten LP bucha życiową różnorodnością, prześwietlonym brudem, frapująco wprowadzając tag southern gothic w mocno pokręcone elektroniczne labirynty. Dlatego mimo merytorycznego 6.6 ode mnie wyrasta on na jeden z moich ulubionych albumów z tego roku.

FK: Aaaa, to już sobie przypomniałem kto to – bo myślałem, że jakiś zespół metalowy, więc szczególnie mi się do nich nie spieszyło. Z drugiej strony widzę, że to właśnie witch house powoli przejmuje tapetę, więc wkrótce to etykiety metalowe dadzą wytchnienie uszom. King Night nie jest – nie zgadzam się – ani trochę ciężkostrawne, choć monotonne dość, ale jest to monotonia, mam wrażenie, zamierzona i szlachetna, sprzyjająca zamierzonemu patosowi. Na inaugurację TVP Historia ustawiono pod Pałacem Kultury wielki telebim, z którego retransmitowano przemówienie Gomułki, a my tam staliśmy na zimnie, śmiejąc się i płacząc jednocześnie, ale dobrze ten epizod teraz wspominamy. No, nie wiem skąd ta scenka nagle mi do głowy wpadła.

Andrzej Ratajczak     Kacper Bartosiak     Filip Kekusz     Ryszard Gawroński    
7 października 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie