RECENZJE

Saint Pepsi
Gin City (EP)

2014, self-released 7.3

Choć skrywający się pod pseudonimem Saint Pepsi Ryan DeRobertis jest zaledwie rok starszy od Justina Biebera, to właśnie utwór "Boyfriend" uzdolniony producent z Brooklynu poddał kpiarsko-pobłażliwej przeróbce, która zainaugurowała nowy sezon wydawniczy na jego Bandcampie. Intensywnie zniekształcone sample przysłonięte zostały warstwami efektów i wplecione w pracę perkusjonaliów odsyłających raczej do współczesnego juke'u, dzięki czemu w uszach kogoś niekoniecznie zaznajomionego z dokonaniami młodego Kanadyjczyka przestają one przypominać swoją oryginalną formę. Baśniowo-klubowe napięcie rządzące kawałkiem znajduje również swój wyraz z artworku promującym singiel, przedstawiającym Justina z początków kariery na tle "Gwiaździstej nocy" Vincenta Van Gogha.

"Bieber" nie znalazł się co prawda na Gin City, ale doskonale obrazuje poczucie humoru i specyficzną wrażliwość, dzięki której DeRobertis w przeciągu zaledwie dwóch lat aktywności (choć już szybki rzut oka na RYM wystarczy, żeby wiedzieć, że były to dwa lata niezwykle intensywnej pracy: pod pseudonimem Saint Pepsi zdążyło ukazać się w tym czasie bowiem aż jedenaście pełnoprawnych wydawnictw) nie tylko stanął na czele „romantycznej” odnogi nurtu vaporware, ale właściwie ukształtował całą tę niszę – jej temperament, odniesieniowość, język - skupioną głównie wokół bandcampowego labela Fortune 500. Wraz z wykonawcami w rodzajuマクロスMACROSS 82-99, Vector Graphics czy CYBEREALITYライフ(serio, serio) Saint Pepsi eksploruje peryferie internetowej nostalgii; mieszając estetykę disco i funku z lat 80., kreskówek z lat 90., glitch-artu, zapomnianych klasyków anime, ośmiobitowych gier wideo, strzępków popołudniowych playlist radiowych pamiętanych z dzieciństwa i nowoczesnego mash-upu poszerza hauntologiczny szlak wyznaczony kilka lat temu przez chillwave'owe dzieciaki lat 80., zapatrzone w śnieżący obraz ulubionych kaset wideo z dzieciństwa. Przesunięcie pokoleniowe zmienia również fakturę rekonstruowanego obrazu, który zostaje zapośredniczony przez nieoczywiste punkty odniesienia i rozpikselowany w wirtualnym nigdy. Urodzony w 1993 roku Ryan DeRobertis i jego rówieśnicy to pokolenie, które porzuca klasyczne użycie pojęcia linearnie odnoszącej się do utraconego obiektu nostalgii na rzecz przekrojowego ujęcia, przypominającego trochę oglądanie świata przez okno Total Commandera, katalogującego hiperłącza, foldery, zakurzone archiwa.

Jeśli próbować umieścić EP-kę Gin City na pewnego rodzaju mapie odniesień, jakie wyznaczają poszczególne inspiracje Saint Pepsi, to zamieszkiwałaby ona punkt na przecięciu mydlanego posh-popu lat 80. (estetyka, którą ostatnio udanie eksplorował Sam Obey na zeszłorocznym Champagne Sounds) i lśniących, radosnych juke'owych bangerów, wyciągniętych z witających świt setów największych chicagowskich tuzów. Pojawiają się oczywiście inne akcenty: pędzące przeplatanką przez "Walking Talking" nu-disco, minimalistyczne, przywołujące na myśl ostatnie dokonania Inc. czy FKA Twigs r&b w "Baby", czy chiptune'owa linia syntetyzatora w "Mr. Wonderful", ale ogólnie całe pięć utworów dość znacząco odbiega od kalejdoskopowej, kampowej estetyki Empire State czy New Generation. O ile jeszcze wydane pod koniec ubiegłego roku Hit Vibes mogło przypominać swoją wakacyjną paletą tumblrową wersję Since I Left You, to Gin City wycisza feerię zapożyczeń, odwołań i gatunkowych przecięć, a zamiast tego wytwarza bardziej kameralną, autorską przestrzeń ukierunkowaną znacznie bardziej "piosenkowo" – to zarówno najmniej "zasamplowany" album DeRobertisa, jak i pierwszy, który pokazuje, że chłopak ma nie tylko cierpliwość do siedzenia przed monitorem po kilkanaście godzin dziennie i nosa do wynajdywania zagubionych bibelotów, ale i smykałkę do projektowania własnych.

Jakub Wencel    
12 marca 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja